O jasności i przejrzystości wyroków sądowych

Upał, gorąco, pisać się nie chce — zresztą kto by to czytał? Na szczęście pamiętam, że jest jeszcze krótka forma literacka, taki tyci-felietonik, który najlepiej oprzeć na ciekawym cytacie, a następnie go pokrótce omówić. Mało roboty, a wierszówka leci.
Dziś zatem będzie, nieco w kontekście omówienia uzasadnienia wyroku, w którym sąd pokusił się o tezę, która nie dość, że nie ma szczególnego związku ze sprawą, to w dodatku wydaje się nieco contra legem (por. „Poufne nagranie publicznego spotkania nie może być dowodem w sądzie”) — o tym, że czasem nawet judykatura dostrzega, że sposób formułowania uzasadnień orzeczeń przeradza się w konkursy niejasnego pisania, pozostawiając strony bezradne i bezrozumne co do znaczenia wyroku. Słowem: wyrok sądu ma być jasny i zrozumiały dla każdego.
Tym razem będzie o wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie z 9 stycznia 2014 r. (sygn. akt XXIII Ga 998/13), w którym pada następująca myśl:

Nie wszystkie motywy rozstrzygnięcia są wystarczająco czytelne i to mimo obszerności uzasadnienia wyroku, a może właśnie z tego powodu. Metoda wypowiedzi przyjęta przez sąd meriti budzi poważne zastrzeżenia. Rolą uzasadnienia jest wyjaśnienie przyczyn wydanego rozstrzygnięcia, nie zaś przegląd koncepcji doktrynalnych i orzecznictwa sądowego stosowanej instytucji. Tymczasem, lwia część rozważań zawartych w uzasadnieniu nie dotyczy wydanego orzeczenia. Jednocześnie, właściwe wywody uzasadnienia są dosyć skąpe, by nie powiedzieć – niewystarczające. W szczególności sąd pierwszej instancji nie zajmuje się kwestią zasadniczą, jaką jest w sprawie niniejszej rozkład ciężaru dowodu. 

Wyrok wydano w postępowaniu apelacyjnym w sprawie dotyczącej osobistej odpowiedzialności członków zarządu spółki z ograniczoną odpowiedzialnością za niezapłacone długi spółki (art. 299 ksh). Sąd I instancji coś tam pozasądzał od osób, które piastowały funkcję w zarządzie niewypłacalnej spółki (piszę coś tam, ponieważ zasądził częściowo), zaś w uzasadnieniu wyroku zasądzającego — idę za uzasadnieniem orzeczenia, której jest kanwą dzisiejszego tekstu — pojawiła się „niezwykle obszerna analiza teoretyczna zasad odpowiedzialności wynikających z art. 299 ksh”, włącznie z rozważaniami nt. tego jak ma się data sprawowania funkcji w zarządzie (kadencji) do daty istnienia oraz daty wymagalności zobowiązania — a samej odpowiedzialności.
Znaczy się: w rejonie napisali niezłe wypracowanie, czego jednak strony postępowania nie doceniły, albowiem poszły dwie apelacje — od powoda (a to ze względu na fakt, że wyrok zasądzał tylko częściowo) i jednego z pozwanych, a wyrokowi pierwszej instancji zarzucono m.in. nieprawidłowości w postępowaniu dowodowym. Jednak Sąd Okręgowy wyroku nie uchylił i nie zmienił, chociaż doszukał się nieprawidłowości w sposobie uzasadniania orzeczenia — ze swojej strony zwrócę uwagę na przytyk o nieczytelności motywów rozstrzygnięcia mimo obszerności jego uzasadnienia, a może właśnie z p o w o d u   t e j ż e   o b s z e r n o ś c i .
Ja się pod takimi opiniami podpisuję z całych sił. Olbrzymiej większości wyroków wydanych przez polskie sądy nie da się czytać, nie mówiąc o czytaniu ze zrozumieniem! To nie jest kwestia użytego żargonu — ten żargon przecież rozumiem — natomiast sposób formułowania myśli (a raczej sposób ukrywania bez-myśli) sprawia, że po 5 minutach odechciewa się lektury. Rozumiem, że taki jest obyczaj, że tego uczą i z tego rozliczają, ale nadal nie rozumiem: dlaczego? (podobnie jak nie rozumiem dlaczego śpiew księży katolickich jest taki… dziwny (niemęski, nieludzki wręcz).
Oczywiście tego pojedynczego uzasadnienia, w którym Sąd Okręgowy utarł nieco nosa orzekającym w I instancji — równocześnie samemu pisząc uzasadnienie według najlepszych-najgorszych wzorców — jako jaskółki czyniącej wiosnę traktować nie należy. Niemniej byłbym niezmiernie szczęśliwy, gdyby myślenie o czytelnikach tych wyroków — z których przecież tylko część jest prawnikami, a reszta to zwykli śmiertelnicy — zagościło u orzekających…

A dla przeciwwagi wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 4 kwietnia 2014 r. (sygn. akt VI ACa 1195/13), w którym jasno jest powiedziane: wspólnota mieszkaniowa nie ma możliwości obciążania właścicieli lokali w sposób nieproporcjonalny do ich udziałów w części wspólnej (chyba że rzeczywiście wyższe są koszty eksploatacji lokalu użytkowego). Zatem każda opłata w zryczałtowanej wysokości, niezależnie od tego jak ją nazwiemy, choćby była nałożona uchwałą wspólnoty, jest nieprawidłowa. Pewnie dałoby się to napisać nieco krócej, ale na pewno to co jest, jest dostatecznie jasne i niezagmatwane.