(Jeszcze) o — karygodnej? błogosławionej? nadużywanej! — anonimowości informatorów prasowych

A teraz coś z całkiem innej beczki — i to krytycznie względem tekstu poświęconego problematyce ujawnienia tożsamości informatora prasowego, w którym ciskałem gromy na służby próbujące wymusić na redakcji „Wprost” wydanie danych być może umożliwiających ustalenie tożsamości informatorów (paradoksalnie okazało się, że najprawdopodobniej dążenie do maksymalnej przejrzystości i opublikowanie nagrań od A do Z pomogło w zatrzymaniu informatora, ale to całkowicie inna historia).

Jak napisałem w tamtym tekście: ochrona tożsamości informatora dziennikarskiego jest obowiązkiem dziennikarza (jeszcze raz podkreślę: jego obowiązkiem, nie jego prawem — prawem informatora jest zastrzeżenie anonimowości). Naruszenie tego obowiązku jest przestępstwem, za które grodzi nawet kara ograniczenia wolności.
Wszystko to wynika z art. 15 oraz art. 49 prawa prasowego, w myśl których:

art. 15. 1. Autorowi materiału prasowego przysługuje prawo zachowania w tajemnicy swego nazwiska.
2. Dziennikarz ma obowiązek zachowania w tajemnicy:
1) danych umożliwiających identyfikację autora materiału prasowego, listu do redakcji lub innego materiału o tym charakterze, jak również innych osób udzielających informacji opublikowanych albo przekazanych do opublikowania, jeżeli osoby te zastrzegły nieujawnianie powyższych danych,
2) wszelkich informacji, których ujawnienie mogłoby naruszać chronione prawem interesy osób trzecich. (…)

art. 49. Kto narusza przepisy art. 3, 11 ust. 2, art. 14, 15 ust. 2 i art. 27- podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.

Konsekwencją tego przepisu — mam na myśli to co widzimy w prasie, nie rozważania prawne — jest plaga tekstów, w których „anonimowa osoba z otoczenia Donalda Tuska” komentuje wypowiedź „czołowego polityka PO, który prosił o zachowanie nazwiska w tajemnicy”. Słowem: media pisane pełne są artykułów, których wiarygodność warta jest dokładnie tyle, ile kosztował egzemplarz gazety w kiosku; generalnie sprowadza się to albo do załatwiania swoich porachunków przez polityków i obmawiania kolegów za plecami, albo do radosnej twórczości żurnalisty, który z braku laku wymyśla fakty i cytaty, grzejąc atmosferę i nabijając sobie wierszówkę.
Cierpi na tym wiarygodność i rzetelność prasy — nadużywanie prawa do anonimowej wypowiedzi wypacza istotę unormowania i skutkuje lawiną plotek i pomówień nawet w sprawach, które powinny być załatwiane przy otwartej przyłbicy (excusez-moi, ale próbując zrozumieć istotę gier politycznych wolałbym, by prasa nie dawała graczom narzędzia do bezkarnego i anonimowego okładania się po czaszkach).

Piszę o tym, ponieważ właśnie w blogu The New York Times Public Editor’s Journal (polecam każdemu kto interesuje się jak wygląda dziennikarstwo wg jednego z najlepszych tytułów za Oceanem… jak powinno wyglądać dziennikarstwo) ukazał się tekst „The Times Used 25 Unnamed Sources in 7 Days, a Reuters Critic Says”. A w nim sypanie głowy popiołem — tak, NYT uważa cytowanie anonimowego źródła za wstyd, chyba że dotyczy wyjątkowych spraw, w których ujawnienie tożsamości rozmówcy naraziłoby go na poważne konsekwencje — ponieważ w ciągu ostatniego tygodnia w tym dzienniku ukazało się aż 25 tekstów, w których pozwolono na wypowiedź osoby, której tożsamości nie ujawniono.
Redakcja uważa to za wtopę, ponieważ cierpi na tym wiarygodność tytułu i rzetelność dziennikarska — a równocześnie staje się orężem w toczonych rozgrywkach.

Można by zapytać: i o co chodzi, skoro i w najlepszym na świecie dzienniku się to zdarza? Otóż moim zdaniem różnica polega na tym, że w New York Timesie może się to czasem zdarzyć, ale zawsze uważa się to za błąd. W polskiej prasie jest to norma, dzięki której można sadzić jeszcze lepsze głupoty i podkręcać klimat.

PS z powyższego wynika, że oczywiście w przypadku tygodnika „Wprost” zagwarantowanie owej anonimowości osobie, która dostarczyła redakcji nagrania było jak najbardziej uzasadnione. Natomiast czymś nieco innym jest fakt, że przy okazji wpadła osoba realizująca podsłuchy w knajpach…

  • b52t

    Nie wyobrażam sobie, że w u nas jakiś tytuł posypał sobie głowę popiołem. To dla byłaby ujma, plama na honorze, a zgodnie z tokiem rozumowania: kto raz przegra jest przegranym do końca życia; to już w ogóle. <br />U nas, w tygodnikach, gdy idzie o tematy z naszej małomiasteczkowej polityki, to te &quot;anonimowe źródła&quot; to zdecydowanie norma.

  • Mike

    Ja tam akurat nie mam nic przeciwko temu, że prasa okłada to jednych to drugich pomówieniami i głupimi tektstami (a sprawy o obrazę to w ogóle imho głupota i marnowanie czasu sądów)… na ogół to prasa na końcu traci wiarygodność.<br />Ja tam wiem jakiej linii programowej trzymają się poszczególne gazety w Polszy i co otworzę którąś, to nie zawodzę się ani tonem komentarzy i ani aktualnie

  • Jeśli nie masz nic przeciwko temu, że prasa kładzie makaron na uszy, to tak jakbyś powiedział: nie mam nic przeciwko temu, że ktoś kłamie, że ktoś okłamuje mnie. Pewnie to nie ma znaczenia — pewnie niedzisiejszy jestem — ale nie przepadam za ludźmi, którzy kręcą i łżą na każdym kroku, i staram się trzymać od nich jak najdalej. <br /><br /><br />Komentarze do coś kompletnie innego. Felieton jest

  • Mike

    W zasadzie od znanych mi kłamców również trzymam się z daleka, jednak wychodzę z założenia, że nie ma co się zrzymać na coś na co nie mam wpływu (jak bycie okłamywanym) a co nie jest bezpośrednio (fizycznie) szkodliwe. Myślę, że tak zdrowiej, ignor i do przodu. :)<br />Niemniej jednak nie ma gazet bezstronnych i każda praktycznie informacja jest podana w odpowiednim dla linii gazety (czy

  • Rozumiem; weź jednak pod uwagę, że w ten sposób dobrowolnie odcinasz dość istotny mechanizm wymiany poglądów i opinii (tak, wiem, że to brzmi dość sztywniacko — ale lepszego określenia dla prasy nie znajduję). Nie da się polegać wyłącznie na zdecentralizowanym systemie jakim jest internet (i sprzed paru lat sen o milionie twórców informacji), nawet jeśli w miarę scentralizuje go jakiś Fejsbók. <

  • MrOiZo

    Niestety to piękna idea to co piszesz faktycznie dobrze by było nie pomijać faktów a pisać wszystkie a tylko być stronniczym w ocenach. Niestety nie znam czasopisma , które by tak to robiło jeżeli nawet w zwykłej rozmowie chcąc kogoś przekonać do jakiś racji podkreślasz wady ale rzadko się skupiasz na wadach danego rozwiązania. Albo mówisz o tym bardzo cicho by najlepiej nikt nie słyszał.

  • MrOiZo

    Podkreślasz zalety rzecz jasna.

  • Bo ja wiem… no może to i jest jakiś idealny opis świata. Skoro jednak nie ma ideałów, to warto pamiętać, że są redakcje, które jednak dbają o równanie w górę — i są takie, w których słowo poziom w ogóle nie istnieje.