mBank i skleroza w reklamie ekonta mobilnego

Rację ma Maciej Samcik — było nie było laureat organizowanego przez Money.pl konkursu na blog poświęcony tematyce ekonomicznej — że chyba coś nie zagrało z reklamami oraz informacjami mBanku dotyczącymi ich najnowszego produktu: konta mobilnego.
Szczegółowo o poważnym potknięciu banku możecie poczytać w tekście Jak zanęcić, a przy tym zachachmęcić, czyli mBank i pewien pikantny szczegół. W dużym skrócie: prezentując swój najnowszy produkt, którego cechą szczególną jest oprocentowanie zgromadzonych środków w wysokości 4% w skali roku bank „zapomniał” dodać, że dotyczy to wyłącznie pierwszych 3000 złotych.
Tak to wyglądało jeszcze kilka dni temu na stronie internetowej mBanku:
mBank reklama ekonta mobilnego wprowadza w błąd co do warunków oprocentowania
„Stara” reklama ekonta mobilnego w mBanku — brak informacji o limicie 
Jak widać nota prawna dotycząca produktu ogranicza się do lakonicznego sformułowania „oprocentowanie 4% nominalne w skali roku”. W pozostałych materiałach marketingowo-reklamowych bank nawet nie zająknął się o jakichkolwiek dodatkowych warunkach lub ograniczeniach.
Dopiero po tym jak zrobił się mały szum — niestety, nie udokumentowałem wszystkiego, ale z faktografią możecie zapoznać się właśnie u M. Samcika — bank zaczął zmieniać treść reklam. Po prostu pouzupełniali przekaz o dodatkową klauzulę „(oprocentowanie nominalne w skali roku) obowiązuje do kwoty 3 000 zł.” (interpunkcja jak w oryginale — z tą kropeczką na końcu).
Dziś powyższy komunikat wygląda następująco:
mBank reklama ekonta mobilnego wprowadza w błąd co do warunków oprocentowania
Po aktualizacji mBank dodał klauzulę o limicie 3000 zł dla środków zgromadzonych na rachunku, które „łapią się” na oprocentowanie 4%
Jednak nie wszystkie karty w prezentacji oferty zostały wymienione na nowe: w zakładce „porównaj konta” nadal brak stosownego zastrzeżenia:
mBank reklama ekonta mobilnego wprowadza w błąd co do warunków oprocentowania
W porównywarce produktów mBank nie informuje o limicie 3000 zł (zrzut ekranu z 8 września, godz. 22.00)
Jak oceniać takie potknięcie z punktu widzenia marketingowego — czy właśnie jako potknięcie (bo nie wypada pomijać takich detali…), czy raczej jako sprytny „dynks”, dzięki któremu być może złapali nieco więcej chętnych — nie wiem.
Jednak jakby mnie ktoś pytał o zdanie, to wskazałbym następujące potencjalne ryzyka związane z występowaniem takiej sklerozy:
  • czynem nieuczciwej konkurencji w zakresie reklamy jest między innymi reklama wprowadzająca klienta w błąd i mogąca przez to wpłynąć na jego decyzję co do nabycia towaru lub usługi (art. 16 ust. 1 pkt 2 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji);
  • reklama przynęta jako forma nieuczciwej praktyki rynkowej (art. 7 pkt 5 ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym);
  • ryzyko uznania przez UOKiK stosowanej praktyki jako naruszającej zbiorowe interesy konsumentów — a to poprzez naruszenie obowiązku udzielania konsumentom rzetelnej, prawdziwej i pełnej informacji (art. 24 ust. 2 pkt 2 ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów) — przy czym wprawdzie, w przypadku zaniechania stosowania takich działań, nie trzeba się już obawiać zakazu jej stosowania, ale można liczyć na decyzję o uznaniu praktyki za naruszającą zbiorowe interesy konsumentów (art. 27 ust. 1-2 UoOKiK);
  • groźba zapłaty kary pieniężnej w wysokości aż do 10% przychodu za poprzedni rok (art. 106 ust. 1 pkt 4 UoOKiK) — przy czym owszem, art. 28 ust. 4 ustawy pozwala liczyć „przedsiębiorcy spolegliwemu” na odstąpienie od nałożenia owej kary, ale jak podkreśla się w orzecznictwie Prezes UOKiK nigdy nie jest zobligowany do wydania takiej decyzji (wyrok SOKiK z dnia 25 maja 2009 r., XVII Ama 98/08).
Podsumowując: nie idźcie tą drogą, bo może być ona ciernista i kosztowna nader.