Bestialski atak pająka mutanta a ryzyko odpowiedzialności prawnej twórcy filmu

Miałem w Czasopiśmie nie pisać o najpopularniejszym współczesnym polskim twórcy filmowym — nie, o Andrzeju Wajdzie, Agnieszce Holland pisać mogę; zresztą jestem znany z tego, że pisałem nawet o producencie filmowym, który miał pozywać za negatywną recenzję — natomiast miałem sobie podarować podbój świata dokonany siłami gigantycznego psa-pająka.

Jednak o sprawę zahaczył mnie Marcin Maj z „Dziennika Internautów” (por. „Pająk mutant okiem prawnika. Czy SA Wardega może za to odpowiedzieć?”), więc skoro mleko się rozlało i pewnie polecą na mnie gromy (czyż miliony much mogą się mylić? — o właśnie „Polak odniósł sukces”…), ze dwa zdania poświęcę tematowi i tutaj. Jeśli już mają mnie besztać, niech to robią u mnie :-)
No więc jest tak, że zakładając, że film był kręcony całkowicie „na żywca”, czyli wzięły w nim udział kompletnie przypadkowe osoby (w co troszkę nie wierzę — zakładając, że jego autor jest profesjonalnym twórcą, nie sposób przypuszczać, by aż tak dużo pozostawił przypadkowi… no chyba że metoda polega na „kręcimy 66 ujęć, wybieramy 6, które się udały”), to po jego rozpowszechnieniu w sieci internet mogłyby pojawić się problemy z ochroną wizerunku. Wiadomo: właściwie nie można pokazywać buzi innych osób, chyba że zachodzą pewne dość dobrze tu opisane przesłanki.
Jasne, to można załatwić w ten sposób, że kręci się na żywca, a zgody odbiera później. No i można załatwić też w ten sposób, że zamazuje się buźki statystów.
Druga sprawa to — znów zakładając, że ktoś sobie pozwolił tu na udział naturszczyków — ryzyko wywołania uszczerbku na zdrowiu. Chociaż trudno mi uwierzyć, by rzeczywiście można było się wystraszyć psa, do którego przymocowano jakieś szmatki (w co trudno mi uwierzyć — prędzej chyba można się bać po prostu psa), to reżyser musiał brać pod uwagę, że mogło trafić na osoby starsze, które z natury swojej reagują nieco większymi emocjami — a i serce u nich słabsze. Tyczy się to także nóg, które można połamać pierzchając…
W tym sensie, proszę mi uwierzyć, pies w łachmanach nie różni się zbyt wiele od Hondy Civic na sopockim molo (no chyba że ktoś liczy, że zawsze można się uchylić od każdej odpowiedzialności powołując na niepoczytalność ;-)
No i ten kaganiec… tak, to oczywiście prowokacja z mojej strony, bo o tym „obowiązku” mam swoje zdanie — jednak tak jak profesjonalizm twórcy filmowego polega na tym, by wziąć pod uwagę wszystkie potencjalne ryzyka, tak samo profesjonalizm prawnika polega na tym, by ryzyka te wskazać ;-)