Reklama natywna czy kryptoreklama — „sprytny” pomysł Orange (i blogerki?)

Aferką z blogerką, która wzięła udział w kampanii reklamowej Orange miałem się nie zajmować — ciekawsze wydają mi się informacje o rzekomych naciskach na zamieszczanie kryptoreklamy we „Wprost”, co miało mieć miejsce w l. 2010-2011 — jednak chyba po tekście u Pawła Tkaczyka dostałem troszkę pytań o „te rzeczy”.

Mówiąc zatem w dużym skrócie i abstrahując od kwestii wiarygodności blogosfery jako części mediów — chociaż to nie jest kwestia pomijalna: skoro popularna blogerka odzieżowa mogła dać się namówić na taki „żart”, to przecież nie mamy pewności czy wywody innych przedstawicieli branży nie są elementem kolejnej „kampanii natywnej”. Moim zdaniem jest to ryzyko, które dość mocno bije w percepcję tej formy wyrażania myśli, no ale na szczęście to problem nie mój — wyłącznie lajfstajlowców i gadżciarzy.


kryptoreklama

Natomiast bez dwóch zdań joby powinny polecieć przede wszystkim na Orange, które taką formę reklamy zleciło i przyjęło do realizacji, a także na agencję, która wymyśliła taką hecę. Blogerka o tyle jest niewinna, że nie musiała sobie zdawać sprawy z tych niuansów, zaś kwestia wiarygodności jest nieistotna dla jej odbiorców.

Zaczynając zatem od tego co pewnie i oczywiste w kontekście prawnych uwarunkowań reklamy na blogach, i o czym pisałem 6 lat temu:

  • kryptoreklama jako forma wykorzystania treści publicystycznych w celu płatnej promocji — przy czym perypetie rzekomo skradzionego telefonu moim zdaniem łapią się „treści publicystyczne” (mam na myśli to, że nie widziałbym tutaj koniecznie napieprzania się o polityce) — to jedna z form nieuczciwej praktyki rynkowej wprowadzającej w błąd konsumentów (art. 7 pkt 11 ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym);
  • równocześnie nieoznaczenie formy reklamowej jako „reklama” czy „promocja” stanowi czyn nieuczciwej konkurencji w zakresie reklamy, a to ze względu na jej sprzeczność z przepisami prawa lub dobrymi obyczajami, przy czym odpowiedzialność, oprócz Orange, może ponosić także agencja, która opracowała taką reklamę (art. 16 ust. 1 pkt 1 oraz art. 17 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji);
  • podkreślić w tym miejscu warto, że nawet jeśli komuś się wydaje, że słowem-wytrychem na te wszystkie bolączki związane z koniecznością zachowania przyzwoitości w prowadzeniu kampanii reklamowych jest fraza „reklama natywna”, to jednak nawet reklama natywna podlega dokładnie takim samym zasadom i regulacjom prawnym, zatem nie da się „obejść” przepisów mówiąc o rzekomej nowej rzeczywistości (banał ale nie dla każdego oczywisty);
  • kwestie wynikających z przepisów ustawy prawo prasowe zakazu prowadzenia ukrytej działalności reklamowej przez prasę oraz obowiązku prawidłowego oznaczania reklamy w mediach pomijam, albowiem nie mam wątpliwości, że blog o modzie nie ma charakteru prasy w rozumieniu stosownych przepisów.
Reasumując na gruncie obowiązującego prawa reklamy ewentualny problem może mieć Orange, jednak oczywiście od takiego stwierdzenia do dalszych konsekwencji droga zwykle daleka.PS „Press” podaje, że reklamę przygotowała „DWL”, czyli o ile dobrze rozumiem, agencja kreatywna Digital Wonderland. W sumie ryzykanci.
  • Chyba muszę zacząć mniej pisać, bo P.T. Czytelnicy nie nadążają z komentowaniem ;-)

  • mall

    No to ja rzucę moim dyletanckim komentarzem:<br />- kto ukarze Orange za powyższe praktyki? Kto może to zrobić? Konkurencja? Klienci? Czy może jednak państwo za pomocą jakiegoś swojego urzędu?

  • Najfajniej byłoby gdyby jakiś inny podmiot wystąpił na drogę sądową — marzy mi się głośny proces tego rodzaju :) <br /><br /><br />O sprawie T-Mobile-Polkomtel cisza…

  • mall

    Kruk krukowi oka nie wykole, mawiają. Pytanie więc takie: do czego to doprowadzi?

  • Do niczego :-)

  • mall

    Ewentualnie do bardziej agresywnej reklamy, częstszego występowania kryptoreklamy i wreszcie do obniżenia wiarygodności mediów (trudne do pomyślenia!). W końcu wszystko ma swoje konsekwencje.

  • W skrócie: do niczego (dobrego).<br /><br /><br />Psucie się publikatorów jest faktem niezbitym, pościg za sensacją plus sprzedajność zrobiły swoje. Prawdę mówiąc czasem sam się zastanawiam czy moim jakby XX-wiecznym podejściem nie odbiegam od dzisiejszych standardów.