O wyższości ordynacji większościowej nad maszyną, która robi PING!

Na marginesie nocnego szturmu na PKW, tak sobie myślę — zakładając, że Stefan Kisielewski miał rację mówiąc, że „socjalizm to ustrój, w którym ludzie bohatersko przeciwstawiają się trudnościom nieznanym innym ustrojom” — a może najlepszym sposobem na uniknięcie przyszłych buntów maszyn jest… zdjęcie z owych systemów tej nieznośnej odpowiedzialności.

ordynacja większościowa

Bajkowy plakat z wyborów 2010 r. — okazuje się, że nadal jest coś do zrobienia

Teza niniejszego felietonu jest prosta: zakładam, że bałagan w Państwowej Komisji Wyborczej jest wynikiem tego, że ordynacja wyborcza do samorządów wymaga wykonania pewnych obliczeń dla ustalenia porządku przydzielania mandatów. Będzie to m.in. konsekwencją art. 416 kodeksu wyborczego, który stanowi, iż:

§ 1. W miastach na prawach powiatu podziału mandatów pomiędzy listy kandydatów dokonuje się proporcjonalnie do łącznej liczby ważnie oddanych głosów odpowiednio na kandydatów danej listy.
§ 2. W podziale mandatów, o którym mowa w § 1, uczestniczą listy kandydatów tych komitetów wyborczych, na których listy w skali gminy oddano co najmniej 5 % ważnie oddanych głosów.
§ 3. Przepisy § 1 i 2 stosuje się także do dzielnic miasta stołecznego Warszawy.

dalej zaś (art. 444 par. 1 kodeksu wyborczego) opisany jest sposób obliczania tej proporcji, a mianowicie

1) liczbę głosów ważnie oddanych na każdą z list w okręgu wyborczym dzieli się kolejno przez 1; 2; 3; 4 i dalsze kolejne liczby, aż do chwili, gdy z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ile wynosi liczba mandatów do rozdzielenia między listy;
2) każdej liście przyznaje się tyle mandatów, ile spośród ustalonego w powyższy sposób szeregu ilorazów przypada jej liczb kolejno największych.

Jak widać biez wodki nie razbieriosz (a studentów pierwszego roku prawa lub któregoś tam roku politologii pytamy jaki system podziału mandatów zastosował ustawodawca?), ale nawet nie w tym rzecz, by mi się chciało analizować przyjęty system wyborczy.

Rzecz w tym, że mam wrażenie, że te wszystkie straszne komputery połączone strasznym systemem są niezbędne wyłącznie do tego, żeby mieć maszynę, która robi PING!. Coś takiego jak tutaj:

To nieszczęsne PING! w kodeksie wyborczym brzmi nieco mniej zabawnie, mniej-więcej tak: „liczbę głosów ważnie oddanych na każdą z list w okręgu wyborczym dzieli się kolejno przez 1; 2; 3; 4 i dalsze kolejne liczby, aż do chwili, gdy z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ile wynosi liczba mandatów do rozdzielenia między listy”… a tymczasem całkiem obok, w art. 443 par. 1 widzimy, że jednak da się inaczej — otóż w wyborach do rady w gminie nie będącej miastem na prawach powiatu mandat obejmuje ten kandydat, który otrzymał największą liczbę ważnie oddanych głosów.

Nie ma proporcji, nie ma liczenia, komputer właściwie nie jest potrzebny — na upartego wystarczy odkładać poszczególne karty wyborcze na osobne kupki, a na koniec zważyć je na wadze laboratoryjnej. Później wystarczy komórka i esemes do centrali z nazwiskiem wybrańca (i to tylko po to, żeby centrala mogła się pochwalić, że wszystko idzie OK — bo przecież wszystko ustala się lokalnie).

Oczywiście, tak się nie da, bo to oznacza jednomandatowe okręgi wyborcze oraz ordynację większościową, a to jest rewolucja iście burżuazyjna. Nie ma dzielenia, mnożenia i całkowania, mandat bierze ten, kto dostał najwięcej wyborów (w schemacie idealnym: przeszło 50% głosów ważnych, więc ja poproszę instytucję głosu ważnego niewybierającego oraz mandatu nieobjętego, pustego… jak zwał, tak zwał).
No i to oznacza koniec maszyny, która robi PING!

  • Art

    Proszę poprawić nazwisko Stefana Kisielewskiego.

  • Mike

    Oczywiście ordynacja to jedna sprawa. Drugą jest cały system komisji, liczenia, wypełniania kart, formy kart, dodawania głosów nieważnych – to naprawdę nie jest aż takie trudne, zależy tylko od nieszczęsnej komisji uczciwości – imho słabe „zabezpieczenie”.
    A wystarczyłoby głos oddawać na takiej samej zasadzie jak się wysyła PITa – elektronicznie z podaniem np. NIP czy pesel. Nie trzebaby nawet z domu wychodzić, lokale byłyby dla tych co nie mają komputera lub mają trudność w użyciu takowego do tego celu, ze zwrotnym potwierdzeniem oddanego głosu i na kogo, komisja w lokalu by odwiedzającym drukowała, a w zasadzie uzupełniała papier w drukarkach. Nie trzeba komisji tak naprawdę.
    Dodatkowo podgląd na bieżąco na osobnych serwerach i podczas wysyłania „ptaszek” czy chce się aby głos był publiczny czy tajny (np. dla własnej weryfikacji czy ktoś nie kombinuje). To dopiero byłaby rewolucja, tylko żeby serwery wytrzymały 30mln odwiedzających w podobnym czasie. Google daje radę, więc technicznie nie ma problemu.

    Tak na szybko proste rozwiązanie. Jedyny problem to zabezpieczenie przed np. generatorem NIPów/peseli (adres zameldowania? nazwisko panieńskie matki/ojca?) czy atakami ddos.
    Coś pominąłem?
    Ach, owszem. Brak woli, kolesiowe załatwianie przetargów publicznych, zbyt przejrzysty system aby kombinować.

  • Morg

    „Dodatkowo podgląd na bieżąco na osobnych serwerach i podczas wysyłania
    „ptaszek” czy chce się aby głos był publiczny czy tajny (np. dla własnej
    weryfikacji czy ktoś nie kombinuje).”

    Prędzej po to, aby np. duży pracodawca w gminie mógł sprawdzić kto z jego pracowników nie głosuje prawomyślnie… to jest prosta droga do wyborów fasadowych.

  • Racja, gdzieś się literki skończyły :-) Zdaje się, że skrót powstał z tego, że miał być po prostu Kisiel, ale mam wrażenie, że coraz mniej ludzi to kojarzy.

  • Przy ordynacji większościowej głosy nieważne nie są istotne, no chyba że przyjmujemy jeszcze wymóg uzyskania większości bezwzględnej (w przypadku głosowania na radnych takiego wymogu nie ma).

    Nawet głos ważny niewybierający nie zmienia nic jeśli chodzi o głosy nieważne.

    No chyba że zmartwieniem jest po prostu wykluwanie się dodatkowych głosów nieważnych…

  • W ogóle uważam, że to byłoby duże zagrożenie dla prywatności. Nawet jeśli ludzie w prywatnych rozmowach ględzą o polityce, chyba niechętnie widzieliby możliwość sprawdzenia jak w rzeczywistości oddali głos.

    Obawiam się, że w dalszej perspektywie głosowania przez internety jest nieuniknione; chociaż bardzo możliwe, że do tamtego czasu będą to za nas załatwiały różne algorytmy powiązanie z różnymi big-datami („skoro w danym okresie n populacji klika tak, to oznacza, że popiera coś takiego, a to procentowo odpowiada poparciu dla ugrupowania politycznego o nazwie z”).

  • Może jeszcze dodam, że JOW + ordynacja większościowa = 1 kartka do głosowania. Odpada problem książeczki, która ma ponoć preferować tych, co na pierwszej stronie. Wszystkie nazwiska powinny zmieścić się na tej 1 kartce papieru.

  • BOReK

    W ostatnim akapicie „mandat bierze ten, kto dostał najwięcej wyborów” – i może wybrać który konkretnie mandat sobie weźmie? :>

  • sneerek23

    Da się to zrobić bez zagrożenia utraty prywatności w oparciu o algorytm typu bitcoin, ale rzadzący nei nadązaja za rzecyzwistością techniczną. owsze mejst to skomplikowane i trudne w implementacji – ale skoro do dzis zadnej grupie ludzi nie udało sie złamac bitcoina ( kasa !!!) to i tu by się udało.

  • Adam

    JOW w wybora wiekszych niz mikro okreg (jak teraz na radnych) to wygrana w 90% jednej ( gora dwoch) parti, gdyz wtedy glosuje sie na partie a nie konkretnych ludzi ktorych i tak nie znamy.

  • Ten kto ma dostęp do „serca” systemu, też nie ma możliwości weryfikacji tożsamości „uczestników”?

  • Może. Tak samo jak u H. Forda („w jakim chce, byle czarnym”) — tutaj: ten jeden jedyny :)

  • JOW to zawsze jest max midi-okręg :) 460 mandatów poselskich rozdzielone względem 38 mln Polaków-krajaków to 82 tys. dusz (dzieci, starców, osadzonych, etc.) na 1 mandat. Nie sądzę, by poseł miał się identyfikować ze swoją dzielnią, takie średnio-większe miasto wystarczy.
    Zresztą nawet przy dzisiejszym systemie wcale nie jest lepiej, ta matematyka nie da innego rezultatu.

    Dodam może, że dzięki temu w kraju będącym dla mnie niedościgłym wzorcu — Zjednoczonym Królestwie — członek do Izby Gmin może mienić się być delegatem swojego otoczenia. A u nas? Pucybutem prawej ręki szefa partii, co najwyżej.

  • sneerek23

    to tak nie działa. Widzisz chodzi o to aby każdy głos dało się prześledzić, bez identyfikacji osoby która go oddała. serca sytemu jako takiego nie ma. najsłabszym punktem by był lokal wyborczy. i algorytm klienta który składa głos.ale to można by rozwiązać przez publiczną jego kontrole i dostępność i hash otwarte źródło(każdy może sprawdzić kod, skompilować i sprawdzić poprawność. wyniki głosowania zawsze były by dostępne. Dodatkowo na każde wybory można by robić ze tak powiem nową sieć. Topologia sieci, silny klucz poza aktualnymi możliwościami łamania online, generowany w momencie składania głosu, możliwości przejrzenia głosów do tyłu od samego początku, duża losowość algorytmu uniemożliwiają identyfikacje ludzi. wyobrażasz sobie jak by to zmieniało wyborcza dynamikę? żadne exit pools -ludzie by chodzili glosować bo widzieli realny swój wpływ. Poza tym uważam iż dzisiaj również lokal jest najsłabszym punktem.

    Cytując za wikipedia

    „bitcoin nie opiera się na zaufaniu względem emitenta centralnego.
    Bitcoin używa zdecentralizowanej bazy danych, rozprowadzonej pomiędzy
    węzłami sieci peer-to-peer do przechowywania transakcji, oraz kryptografii
    w celu zapewnienia podstawowych funkcji bezpieczeństwa, takich jak
    upewnienie się, że bitcoiny mogą być wydane tylko raz przez osobę, która
    je posiada w danym momencie.
    Topologia peer-to-peer sieci bitcoin oraz brak administracji
    centralnej czynią manipulację wartości bitmonet poprzez produkcję
    większej ich ilości niewykonalną dla jakiejkolwiek rządowej czy innej
    organizacji lub jednostki”
    Mamy olbrzymia ilość doświadczeń związanych z kodem bitcoina i kodem tora, uważam że dało by się coś takiego stworzyć. kluczem jest otwartość dla wszystkich a nie chowanie się za vendor lock inn. cyfryzujemy sie.

  • sneerek23

    http://bitcoinet.pl/2014/11/20/darmowy-i-niezawodny-system-wyborczy-oparty-o-blockchain/
    tu link do dłuższego artykułu – tylko jak przekonać do tego innych?

  • Żuraw

    Czy może mi ktoś wytłumaczyć w jaki sposób ordynacja większościowa implikuje JOW? Bo odnoszę wrażenie, że jak najbardziej dopuszcza i DOW i TOW i jeszcze parę innych. A gdzie nie spojrzę, to widzę większościowa=JOW. Nie żebym był przeciwko JOW, ale mam wrażenie, że w ramach ordynacji większościowej zmieszczą się i kilku mandatowe okręgi wyborcze.
    A skoro już puściliśmy wodze fantazji – może by tak wyłaniać w wyborach komendanta policji, prezesa sądu i prokuratora okręgowego?

  • Mike

    Ja bym zaczął od likwidacji ok. 300 posłów i 3/4 senatorów. Im ich tam mniej tym mniej czasu zmarnują (i pieniędzy) na czcze pitolenie. JOW czy nie jakości to z pewnością nie obniży.

  • Jeśli okręgi wielomandatowe, to nie ma ordynacji większościowej, lecz jest kulawa.

    Tak działały cały czas (do niedawna) wybory do Senatu: we Wrocławiu były 3 mandaty z jednego okręgu. Mandat dostawało 3 kandydatów, którzy mieli największą liczbę głosów.

    Schemat o tyle beznadziejny, że przy pewnej dozie makiawelizmu pozwala nieźle manipulować elektoratem. Bardziej niż przy proporcjonalnej.

  • Ależ oczywiście, wystarczy 199 lub najwyżej 201 posłów oraz 17 senatorów.

  • Żuraw

    OK, ale to już wiele razy słyszałem. Ale tak konkretniej?

  • Konkretniej o manipulacjach? ZTCW teorie gier bardziej zajmują się głosowaniem w parlamentach (są trzy konkurencyjne projekty, jesteśmy kompletnie przeciwko: zagłosujmy jednak wstępnie — taktycznie — nad tą propozycją, która ma najmniejsze szanse powodzenia, aby w ogóle utrącić propozycję), jednak dokładnie tak samo można przerzucać głosy między kandydatami (mamy 3 kandydatów, 2 super i trzeci do bani, on mandatu nie weźmie, a następny w kolejce jest nasz największy konkurent — więc w kampanii puszczamy oko do elektoratu, by jednak przerzucili ten 3. swój głos na jeszcze innego kandydata).

    Zresztą myślę, że zawsze lepsza jest sytuacja, w której wygrywa tylko najlepszy (o ile większość głosów oznacza najlepszego, ale w demokracji niestety tak).

  • Art

    Ja uważam, że ordynacja większościowa będzie dobrze działać pod warunkiem, że będą obowiązkowe prawybory. W takich prawyborach braliby udział zadeklarowani (zarejestrowani) wyborcy danej partii, a nie tylko członkowie partii, przy czym każdy wyborca mógłby brać udział w prawyborach tylko jednej partii. JOW bez prawyborów mieliśmy w 2011 roku w wyborach do Senatu i nic z tego nie wyszło, bo wybór ograniczał się do kandydatów wskazanych przez partyjne wierchuszki.

  • Żuraw

    Jakoś mnie to nie przekonuje.
    Ale pytanie było tylko gwoli zaspokojenia ciekawości intelektualnej – osobiście jestem za ordynacją większościową, a czy jej skutkiem będą JOW czy TOW, to już rzecz znacznie bardziej drugorzędna.
    Przy czym większościowa ma pewną wadę, której przy proporcjonalnej nie widzimy (i być może ona sprawiła wynalazek proporcjonalności). Przy niej znacznie łatwiej o rozdrobnienie partyjne parlamentu, co przy braku poczucia odpowiedzialności za państwo u znacznej części partyjnych liderów prowadzi do braku możliwości stworzenia koalicji a przez to do parlamentarnych kryzysów. Druga wada zaś objawia się bardziej przy JOW, nieco mniej przy DOW. Przy podziale poglądów politycznych np. 40% na partię X, 35% na partię Y i 25% na partię Z, to Z będzie mieć co najwyżej kilku posłów, ergo ćwierć społeczeństwa nie ma swojej reprezentacji. Choć oczywiście kompetencje polityczne liderów X czy Y mogą prowadzić do znacznych ustępstw na rzecz Z – walka o elektorat.
    Ale – jak wyżej – jestem za większościową, a o DOW czy TOW kruszyć kopii nie będę, jak najbardziej mogą być JOW.

  • Mike

    JOW czy nie to i tak będą wygrywać znani postawieni przez szefa z odpowiednim numerem.
    Po prostu ludzie nie głosują na ludzi, tylko na szyldy partyjne. Inaczej bym nie usłyszał argumentu „nie, bo PIS”.
    O wiele prościej byłoby zwyczajnie głosować na partie, bez żadnych ludzi, gdzie każda proporcjonalnie od procentu poparcia równemu 1 mandatowi w górę dostawałaby procent do obsadzenia przez swoich ludzi. Przynajmniej byłby stan faktyczny.

  • No właśnie powiedziałbym, że JOW daje szansę na głosowanie poza szyldami partyjnymi. Twierdzę tak na moim własnym przykładzie: w życiu nie zagłosuję na PiS, ale mógłbym znaleźć kilka osób z tej partii, które mogłyby dostać mój krzyżyk. Nie dostaną go jednak, ponieważ głos na tego osobnika byłby głosem na jeszcze innego osobnika.

  • Zauważyłeś, że dwa postulaty, czyli:

    > Przy niej znacznie łatwiej o rozdrobnienie partyjne parlamentu, co przy braku poczucia odpowiedzialności za państwo u znacznej części partyjnych liderów prowadzi do braku możliwości stworzenia koalicji a przez to do parlamentarnych kryzysów.

    oraz

    > Druga wada zaś objawia się bardziej przy JOW, nieco mniej przy DOW. Przy podziale poglądów politycznych np. 40% na partię X, 35% na partię Y i 25% na partię Z, to Z będzie mieć co najwyżej kilku posłów, ergo ćwierć społeczeństwa nie ma swojej reprezentacji.

    są ze sobą sprzeczne?
    W #1 mówisz, że źle, że jest rozdrobnienie, w #2 jednak już to rozdrobnienie staje się brakiem reprezentatywności. Jak martwi nas jedno, to drugie chyba nie powinno :)

    Natomiast ten dylemat można chyba rozwiać na poziomie nieco filozoficznym: kogo ma reprezentować deputowany? Całego suwerena, jak jest to powiedziane dziś, czy raczej swój okręg (jak często wygląda to w praktyce)? Może zgódźmy się z tym, że poseł reprezentuje swój okręg (ale nie swoich wyborców z okręgu) i będzie łatwiej przełknąć brak reprezentatywności na szczeblu partyjnym, bo będzie on na szczeblu okręgu?

  • Ograniczał się, bo:
    – nikomu innemu nie chciało się kandydować,
    – bo kandydowanie przeciwko partiom jest trudne ze względów organizacyjnych (prawo wyborcze jest pisane przez partie pod ich własne struktury),
    – nie raczyłeś zauważyć kandydatów niepartyjnych.

    Obowiązkowe prawybory… Ale jeśli tak, to znów z całym tym cyrkiem pt. komisje, software, PKW, kampania prawyborcza. Chyba że dasz to do organizacji partiom, a wówczas będzie po staremu.

  • mall

    Tyle, że otwartość kodu sama w sobie nic nie gwarantuje. Zdaje się, że ostatnio znaleziono bardzo poważne dziury w systemach szyfrowania o całkiem otwartym kodzie, które to były i są powszechnie stosowane na świecie od dobrych paru lat. Totalna otwartość kodu i NIKT nie wykrył tak szkaradnego błędu.
    No i system, w którym da się prześledzić każdy głos nie da głosującym poczucia wpływu: brak zaufania do „komputerów”, brak zaufania do programistów. Poczucie zaistniałoby dopiero w sytuacji, gdyby dało się sprawdzić swój konkretny głos. Tyle, że wtedy mamy do czynienia z sytuacją z możliwością sprawdzenia jak kto głosował.

  • Art

    Rzeczywiście byli kandydaci bezpartyjni, popierani przez prezydentów dużych miast, ale przepadli z kretesem. Żaden chyba nie uzyskał mandatu.

    Nie jestem przeciwko partiom i wcale nie zależy mi na zwiększaniu szans kandydatów bezpartyjnych. Chciałbym tylko, aby kandydaci tych partii byli wyłaniani oddolnie, a nie odgórnie Czyli tak jak w USA. W Polsce mamy partie wodzowskie o strukturze silnie zhierarchizowanej. W Ameryce natomiast partie zrzeszają ludzi o różnych poglądach, nie ma dyscypliny partyjnej, nie ma jednego programu wyborczego.

  • Formalnie rzecz ujmując mamy 4 niepartyjnych senatorów: Cimoszewicz, Kutz, Borowski oraz Jarosława Obremskiego (z Wrocławia, od Dutkiewicza):

    (za: http://senat.gov.pl/o-senacie/senat-wspolczesny/dane-o-senatorach-wg-stanu-na-dzien-wyborow/)

    Natomiast ogółem komitetów wyborczych do Senatu w 2011 r. było więcej http://wybory2011.pkw.gov.pl/kom/pl/komitety.html

    Moja teza jest taka: ponieważ i tak ważniejsze (bez ironii) są wybory do Izby Poselskiej, to kandydaci do Senatu mają świadomość, że generalnie nie ma się co wychylać. Kampania do Sejmu ich zmiecie.

    Być może wyglądałoby to inaczej gdyby do obu izb wybory były organizowane w oparciu o ordynację większościową. Ale jest też prawdopodobne, że i wówczas partie zdominowałyby przekaz (jak w Zjednoczonym Królestwie lub Stanach Zjednoczonych).

  • Żuraw

    Ależ dlaczego sprzeczne? Tak samo sprzeczne jak ostrzeżenia że coś tam „grozi śmiercią lub kalectwem”. Kaleka raczej żyje, uśmiercony może mieć okaleczone zwłoki, ale sam kaleką nie jest.
    Sprzeczne są, jeżeli się przyjmie że wystąpią równocześnie, zaś oddzielnie – albo wóz albo przewóz.
    Poza tym – jak było wyżej – ja się nie kłócę, w każdym referendum zagłosuję na JOW. Pytanie o przewagę JOW nad COW (czteromadatowe) traktuję czysto akademicko :-)

  • IMHO sprzeczne są postulaty, ponieważ mówisz:

    1) jest problem, ponieważ prowadzi do rozdrobnienia, a ja chcę możliwości powołania silnego rządu,

    ale równocześnie (?)

    2) jest problem, ponieważ nie będą reprezentowane pewne rodzaje poglądów politycznych (z racji tego, że niektóre partie przy znaczącym poparciu, np. 20%, nie dostaną mandatów).

    Tymczasem rozdrobnienie=szeroka reprezentacja, zaś brak rozdrobnienia zakłada, że konieczne może być dość wyraźne cięcie po skrzydłach.

  • Żuraw

    Ależ właśnie mówię że nie równocześnie (w którym miejscu użyłem tego słowa?).

    Istnienie ulic Piastowskiej, MCSkłodowskiej i placu Grunwaldzkiego nie jest dowodem wewnętrznej sprzeczności ronda RReagana. Z tego ronda mogę pójść tu, tam albo gdzie indziej, ale nie w dwóch kierunkach równocześnie (przynajmniej ja nie potrafię).

    Że zacytuję siebie z poprzedniego posta „Sprzeczne są, jeżeli się przyjmie że wystąpią równocześnie, zaś oddzielnie – albo wóz albo przewóz”

    Równocześnie NIE MOGĄ wystąpić, będą albo pojedynczo, albo i wcale.

  • Art

    Nie bądźmy takimi formalistami. W okręgu z którego startował Cimoszewicz Platforma nie wystawiła własnego kandydata, co było oczywistym gestem poparcia dla kandydatury Cimoszewicza. Podejrzewam że z Borowskim i Kutzem mogło być podobnie, ale nie chce mi się teraz tego sprawdzać. Prawdziwie bezpartyjny był człowiek Dutkiewicza.

    Wracając do meritum. Uważnie obserwuję amerykańską politykę i mam nieco odmienne spostrzeżenia. Tamtejsze partie są wypadkową poglądów, które zwyciężyły w prawyborach, a w prawyborach głosuje się na konkretnych ludzi. Najlepiej widać to raz na cztery lata, tj. w prawyborach prezydenckich. W debatach prawyborczych ostro spierają się ze sobą politycy z tych samych partii. W polskim systemie, gdzie partie stanowią monolit, byłoby to nie do pomyślenia. Pamiętam jak w prawyborach w 2008 roku o partyjną nominację walczyli ze sobą Obama i Clinton, nie szczędząc sobie wzajemnych złośliwości przedstawiali inne pomysły i składali inne obietnice. Można było odnieść wrażenie, że są z dwóch różnych partii. Po wygranej Obamy Clinton pokornie pracowała na rzecz zwycięscy, zapominając o prawyborczej różnicy zdań. Podobne różnice było widać między republikanami w prawyborach w 2012, gdzie centroprawicowe skrzydło partii na czele z Romneyem musiało w publicznych debatach spierać się z przedstawicielami prawego skrzydła. Osławiona Tea Party to nie jest przecież osobna partia, lecz właśnie część partii republikańskiej, co dobitnie pokazuje, że partia nie ma jednego programu – programów jest tyle ile kandydatów w prawyborach. W prawyborach prezydenckich zwycięża jeden kandydat, czyli jeden program, ale już w prawyborach do Kongresu zwycięzców jest więcej, co potem świetnie widać w samym Kongresie, gdzie nie ma dyscypliny partyjnej i każdy głosuje według własnego uznania. Debaty prawyborcze w 2016 będą równie fascynujące, zwłaszcza w Partii Republikańskiej, gdzie nie ma wyraźnego faworyta (choć trzeba pamiętać, że w Partii Demokratycznej Clinton była faworytem już w 2008 roku, a mimo to przegrała z mniej znanym, ale bardziej elokwentnym Obamą). W UK jest trochę inaczej, bo tam funkcjonuje system gabinetowo-parlamentarny. Partia Konserwatywna jednak również cechuje się pluralizmem poglądów, co wymusza na premierze Cameronie lawirowanie między różnymi wizjami rządzenia.

  • ….natomiast wystąpiły równocześnie w jednej wypowiedzi krytycznej wobec tej instytucji. Równocześnie nie podoba Ci się teza i antyteza :)

  • Zgadza się, wybór tych 3 panów nastąpił za wcale nie tak cichym poparciem PO. Obremski o tyle był bezpartyjny, że 2 lata wcześniej rzucił legitymację członka PO (właśnie w ogniu największego sporu Dutkiewicza z PO).

    Co do Stanów to tak się składa, że pisałem nawet pracę magisterską o Białym Domu :) Od tamtego czasu pewnie się troszkę zmieniło, ale pamiętam nadal, że w każdym stanie jest inne prawo wyborcze, zarówno w części dotyczącej samego głosowania, także w primaries (czasem jest głosowanie otwarte, czasem zamknięte, etc.) jak i zgłaszania kandydatów w prawyborach.
    Po drugie na pewno nie jest już tak (i raczej nigdy nie było), że w prawyborach wygrywali najpopularniejsi per se. Teraz jest czas super-PAC’s (np. braci Koch), a to oznacza olbrzymie pieniądze na szukanie poparcia także między wyborami. Komitety sterują wynikiem prawyborów dość dokładnie :)

  • sneerek23

    ale właśnie to polega na tym ze można sprawdzić swój głos bo klucz prywatny – portfel którym szyfrujesz swój głos tworzysz ty. jak go nikomu nie dasz to on nie wie czyj jest .

  • Art

    Jak słusznie zauważyłeś, te tzw. PAC nie są częścią partii, lecz zewnętrznym źródłem finansowania kampanii. Pieniądze idą na spoty wyborcze, plakaty, logistykę itp. Wyborcy wciąż mają własny rozum, nikt im nie wręcza do rąk pieniędzy i nie mówi jak mają głosować. Komitety sterują wynikiem prawyborów w takim stopniu w jakim lud daje się zmanipulować. Jeśli kandydat źle wypadnie podczas debat, to nawet najbogatszy Super-PAC go nie uratuje. Zobacz sobie jak wyglądało zbieranie pieniędzy przez Clinton i Obamę w 2008. Początkowo pieniądze płynęły głównie do Clinton, ale po kilku debatach zaczęły też płynąć do Obamy. Poza tym nie mieszałbym kwestii finansowania kampanii wyborczej z ordynacją wyborczą, bo to jednak osobne problemy.

    Prawybory nieco różnią się w zależności od stanu, ale ogólna idea pozostaje zawsze ta sama – o tym kto kandyduje decydują doły a nie góra. Gdyby w Polsce była ordynacja większościowa bez prawyborów, to kandydatami byliby tylko ludzie lojalni wobec partyjnych liderów. Kaczyński i Tusk eliminowali każdego kto tylko ośmielił się podważać ich przywództwo. W USA żaden lider by tych Gowinów, Rokitów, Ziobrów i Kaliszów z partii nie wyrzucił. Miliarder może sypnąć kasą, ale odpowiedzialność za wybór kandydata i tak spada na wyborców. Najlepsze są oczywiście zamknięte „primaries”, czyli takie, w których wyborca może brać udział tylko w prawyborach jednej partii (w przeciwnym razie mógłby głosować na najlepszego kandydata swojej partii i na najgorszego kandydata partii konkurencyjnej).

  • Żuraw

    No to ja już prościej nie potrafię niestety

  • mall

    Z tego rozumiem, że przestępcy zarządzający botnetami będą mieli możliwość weryfikacji głosów bo będą mieli dużą szansę na zdobycie tego prywatnego klucza szyfrującego.

  • Będzie prościej jeśli powiesz, z którym poglądem się zgadzasz. Bo jednym tchem wymieniłeś 2 wady, które stoją względem siebie w opozycji. Nie można uznawać obu tych cech za wadę.

  • sneerek23

    istnieją proste metody zmiany, wygasania kluczy lub ich autoryzacji. nie musisz mieć jednego klucza prywatnego. wystarczył by cyfrowy dowód osobisty z chipem i kluczem prywatnym w nim generowanym – są możliwości zabezpieczenia. pomysl o tym ze sa systemy kodowania które nie zostały złamane, a stosuje sie je do szyfrowania informacji nieporównywalnie wazniejszych niż pojedynczy głos. głupie karty kredytowe można zabezpieczyć a key nie można?

  • Na jakimś etapie musi nastąpić powiązanie identyfikatora osoby z jej kluczem publicznym. I prywatność idzie się kochać.

    IMHO nie da się jednocześnie zapewnić tajności, przejrzystości i tego że jedna osoba dysponuje maks jednym głosem. Z czegoś trzeba zrezygnować.