Powiedział co wiedział #7 — „Wprowadźmy podatek od informacji”

Na marginesie wtorkowej debaty pt. „Piractwo czy dozwolony użytek?” — która była bardzo interesująca (bez złośliwości), acz po liźnięciu tematyki opłaty reprograficznej od nowych urządzeń mocno zdryfowała w kierunku bardzo branżowych bolączek trapiących rynek wykonawców muzycznych (czemu sprzyjała obecność „chłopców do bicia” w postaci przedstawicieli ZAiKS-u, w tym adw. Krzysztofa Zubera) — zastanowił mnie postulat jednego z panelistów*: wprowadźmy podatek od informacji.

Teza jest następująca: ponieważ nie sprawdza się schemat przepływu płatności pomiędzy korzystającymi z utworów a wykonawcami, gdzie wąskim gardłem są organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi — imiennie wskazany ZAiKS ma mieć wieloletnie zaległości, w dodatku koszt tego pośrednictwa jest niewspółmiernie wysoki — należy zastąpić ustawowy przymus stowarzyszeń… ustawowym, przymusowym  p o d a t k i e m  od informacji (sic!). Wpływy z podatku byłyby dzielone pomiędzy twórcami informacji, proporcjonalnie do ich wartości artystycznej (mierzonej, o ile dobrze pamiętam, nakładem własnym twórcy w powstanie dzieła — skomplikowane).

Przyznam, że w tym momencie siadłem. Mogę zrozumieć bolączki twórców i wykonawców, którzy mają pojęcie jakie pieniądze płyną via OZZ-ty, ale nie widzą tych wpłat na swoich rachunkach bankowych. Też bym się wkurzył widząc, że ktoś bierze pieniądze za pośrednictwo, potrąca sobie wynagrodzenie za to pośrednictwo, lecz najgorzej idzie mu wywiązanie się z obowiązku rozliczenia się.
Nie potrafię natomiast przejść do porządku dziennego nad pomysłem prostego opodatkowania przepływu informacji. Pomijam już moje liberalne miazmaty — każdy podatek to zło, każda redystrybucja dochodów to podwójne zło — po prostu wydaje mi się, że nie dość, że informacja powinna być zawsze za darmo, to w dodatku jej powszechne opodatkowanie de facto prowadziłoby do zwiększenia naszych obciążeń. Racja, że w obecnej sytuacji opłatą wnoszoną na rzecz OZZ obciążony jest końcowy odbiorca utworu (korzystający kalkuluje cenę swoich usług biorąc ją pod uwagę), ale przecież wystarczy nie korzystać z dóbr podlegających temu systemowi (generalnie: wyrzucić telewizor, przełączać radio, które puszcza muzykę na kanały gadane — i czytać tylko Lege Artis), aby pokrzyżować szyki ZAiKS-owi. Jeśli zastąpimy wynagrodzenie za korzystanie z utworu jeszcze jedną daniną publiczną — podatkiem od informacji, który płacić będzie każdy, kto korzysta z dowolnej informacji — a do wypłaty zgłosić będzie mógł się każdy wytwórca informacji, to będzie oznaczało, że P.T. Czytelnicy będą płacić za moje tu opowiastki… a ja tego nie chcę.

A w ogóle tyle się tam mówiło o nowych modelach zarabiania na twórczości, o hip-hopowcach sprzedających koszulki za stówę, odejścia od quasi-przymusu organizacji zbiorowego zarządzania prawami — a tu: podatek.

PS a skoro było o muzyce, to teraz dla Państwa wystąpi Elvis Costello z zespołem The Roots:

* Przykro mi, nie wychwyciłem nazwiska tego wrocławskiego muzyka, który mówił ciekawie acz kontrowersyjnie — ale przecież nie ma na świecie nic ciekawszego nad kontrowersje ;-)

PS Skrzywienie branżowe przejawiało się też mówieniem o „konsumentach” vel „użytkownikach”, natomiast tylko sporadycznie padało preferowane przeze mnie pojęcie „odbiorcy” twórczości.

PPS Właściwie to tekścik nadaje się do cyklu „Powiedział co wiedział”. Co niniejszym czynię.

  • Adam

    Podatek od informacji jest niebezpieczny no bo jak go mierzyć? Jak zmierzyć ile informacji pobrał klient korzystający z internetu? Jeśli tylko za pomocą wielkości pobranych danych to byłoby to ogromne nadużycie. Działanie internetu jest złożone. Płacilibyśmy wtedy np. za:

    – powtórzenie pakietu TCP, który źle się przesłał
    – narzut na wielkość danych związany z ich szyfrowaniem (gdy np. korzystamy z banku)
    – zapytania i odpowiedź od serwerów czy jest aktualizacja, nawet gdy jej nie ma
    – całą masę niepotrzebnych skryptów śledzących nas przez www
    – reklamy, które są nam wciskane na każdym kroku (chyba, że mamy adblocka)
    – odświeżenia stron gdy załadowały się nieprawidłowo
    – aktualizacje oprogramowania ściągające się automatycznie
    – całą masę innych technicznych danych
    – oglądanie nawet własnych nagrań na YouTube i innych serwisach
    – wgrywanie i ściąganie własnych danych we własnej chmurze

    Po prostu z technicznego punktu widzenia nie da się opodatkować samej informacji. Informacja to nie dane, mogą być dane nie niosące żadnej wartościowej informacji.

    Znając życie p.osłowie wprowadziliby podatek od liczby pobranych danych. Skończyłoby się tym, że każdy płaciłby maksymalną stawkę.

  • Cóż, mam wrażenie, że to był nieco nieprzemyślany postulat, bo rzucać takie hasła łatwo, ale gdyby pewnie spytał autora o pomysł na obraz i podobieństwo tego podatku — skończyłoby się właśnie brakiem precyzyjnej koncepcji. Co mnie zresztą nie zdziwiłoby :)

  • Adam

    Albo byłoby jak z idiotycznym obowiązkiem ostrzegania o ciasteczkach i równie idiotycznymi nowymi nazwami przycisków w sklepach. Kolejny idiotyczny przepis, który tylko przyniósłby szkodę.

  • Usher

    Pomysł jest dobry, jeśli się go weźmie na opak i zastanowi nad podatkiem od głupoty. Inaczej system od razu się załamie, gdy ktoś zgłosi do opodatkowania liczbę pi.

  • Podatków od głupoty jest bezlik, chociaż zwykle przybierają przedziwną postać :)

  • Oczyma wyobraźni już widzę obywateli, którzy zaczynają zajmować się pajęczarstwem, tylko po to, by oszukać licznik informacji spływających do jego domostwa.

    No chyba że byłoby to pogłówne: żyjesz więc chłoniesz więc płacisz.