Ochrona dóbr osobistych a prawa autorskie twórcy

W dzisiejszym odcinku przeglądu ciekawego orzecznictwa sądowego czas na interesujący wyrok z zakresu prawa autorskiego — a ściśle: jak się ma twórczość człowieka do jego dóbr osobistych? (Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 13 marca 2014 r., sygn. akt VI ACa 1202/13).

Wyrok wydano w następującym stanie faktycznym (przyznam, że trudno go ustalić ze stuprocentową pewnością, a to ze względu na sposób podania danych w uzasadnieniu): powód jest twórcą muzyki, producentem i didżejem, związanym głównie ze sceną techno oraz drum&bass. Kilka lat temu na zlecenie fundacji będącej stroną pozwaną w sprawie stworzono film dokumentalny w negatywny sposób ukazujący subkulturę związaną z muzyką techno, zarzucano m.in. powodowanie samobójstw, „przyczynianie się do upadku rodziny, negowanie wartości chrześcijańskich, związki z sektami satanistycznymi, traumatyczne przeżycia, choroby, cierpienie i nawoływanie do narkotyzowania się”. W filmie wykorzystano obszerne fragmenty jednego z utworów autorstwa powoda, oczywiście bez jego zgody. Co ciekawe wcześniejsze wypowiedzi muzyka dowodziły, że osobiście przeciwny był tego rodzaju negatywnym zjawiskom, a zwłaszcza braniu narkotyków.

Z racji naruszenia przysługujących mu praw autorskich do utworu powód zażądał od fundacji zadośćuczynienia i odszkodowania za naruszenie jego dóbr osobistych i autorskich praw majątkowych, przeprosin za sugerowanie, że słuchanie muzyki techno prowadzi do dewastacji w sferze emocji, duchowości i psychiki człowieka oraz usunięcia utworu z archiwów pozwanej (na marginesie: sąd tak bardzo się skupił nad anonimizacją danych w orzeczeniu, że nie było czasu przemyśleć tego, co ważne. W pierwszym akapicie uzasadnienia czytamy, że powód „wniósł o: zasądzenie kwoty 80.000 zł z odsetkami od dnia 3 marca 2010 r. do dnia zapłaty tytułem odszkodowania za naruszenie autorskich dóbr osobistych; zasądzenie kwoty 50.000 zł z ustawowymi odsetkami od dnia 3 marca 2010 r. do dnia zapłaty tytułem zadośćuczynienia za naruszenie autorskich dóbr osobistych (…)” — to się kupy nijak nie trzyma). Fundacja żądała oddalenia powództwa, wskazując także na sporność autorstwa utworu (powód był jego współautorem, ale wcześniej w darowiźnie drugi z twórców przeniósł na niego swoją część praw).

Wyrokiem pierwszej instancji zasądzono od pozwanej fundacji na rzecz artysty 70 tys. z odsetkami, a w pozostałym zakresie roszczenie zostało oddalone. Przede wszystkim sąd nie podzielił stanowiska strony pozwanej w odniesieniu do charakteru autorstwa utworu: powód niewątpliwie jest twórcą (współtwórcą) muzyki wykorzystanej w filmie, a więc przysługują mu autorskie prawa osobiste, natomiast umowa darowizny autorskich praw majątkowych została zawarta w sposób skuteczny — zatem odtąd wyłącznie jemu przysługiwało prawo pobierania pożytków.
Autorstwa powoda nie sposób także podważać nie zauważając konsekwencji domniemania wynikającego z art. 8 ust. 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, cytuję:

art. 8 ust. 2 pr.aut. Domniemywa się, że twórcą jest osoba, której nazwisko w tym charakterze uwidoczniono na egzemplarzach utworu lub której autorstwo podano do publicznej wiadomości w jakikolwiek inny sposób w związku z rozpowszechnianiem utworu.

Tłumacząc z prawniczego na nasze: oznacza to, że skoro muzyk wydał płytę i występował na koncercie jako twórca danego kawałka, to dla podważenia wynikających z tego konsekwencji trzeba czegoś więcej, niż czczej gadaniny.

Sąd przyjął też, że jak najbardziej dopuszczalne jest łączenie roszczeń wynikających z art. 23 kodeksu cywilnego i art. 16 prawa autorskiego, albowiem z ochrony dóbr osobistych wynika także ochrona twórczości artystycznej i dorobku twórczego, przy czym nie jako sama w sobie twórczość, lecz „pewien proces i jego rezultat, który zresztą nie zawsze musi mieć charakter utworu w rozumieniu prawa autorskiego”.
Natomiast z punktu widzenia regulującego sferę autorskich praw osobistych art. 16 pr.aut. sąd znalazł przesłanki do ochrony m.in. przysługującego mu prawa do rzetelnego wykorzystania utworu oraz nadzoru nad sposobem korzystania z dzieła. Zdaniem sądu istniało także zagrożenie dla dobrej sławy dzieła twórczego oraz „dobrego imienia dorobku twórcy” (tu sąd powołuje się na wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku z 31 lipca 2012 r., sygn. akt I ACa 303/12, który znów w uzasadnieniu odnosi się do publikacji J. Barty i R. Markiewicza sprzed prawie 30 lat… to taki drobny przyczynek o kulturze cytatu w uzasadnieniach sądowych).
Słowem: pozwana fundacja nie dała powodowi szans ani na wstrzymanie takiego rozpowszechniania utworu, ani na wypowiedzenie umowy o korzystanie z utworu (bo jej w ogóle nie zawarto); mało tego — w żadnej części filmu nie wskazano muzyka jako autora utworu, który został wykorzystany w jego ścieżce dźwiękowej (interesujące, że z orzeczenia wynika, że w procesie fundacja twierdziła, że uczyniła tak celowo — dla zmniejszenia lub unicestwienia naruszenia jego dóbr osobistych (sic!). Co więcej wykorzystując utwór muzyczny w takim filmie wykorzystano go w sposób całkowicie sprzeczny z zamysłem twórcy — czyli pokazując scenę drum&bass w negatywnym świetle, przez co przekroczono granice krytyki prasowej.

Z tego względu sąd pierwszej instancji przyjął, że muzykowi należy się 20 tys. złotych zadośćuczynienia tytułem naruszenia jego dóbr osobistych — bo oglądalność stacji telewizyjnej jest niska (poniżej 1%, bo w internecie film obejrzało tylko 54 tys. osób) — oraz 50 tys. złotych tytułem odszkodowania za naruszenie autorskich praw majątkowych (jako trzykrotność wynagrodzenia za korzystanie z utworu w taki sposób — por. art. 79 ustawy o prawie autorskim; warto w tym miejscu zwrócić na dość obszerne wyjaśnienia co do sposobu obliczenia tej kwoty, które pozwoliły na ustalenie stawki 320,19 złotych za 1 sekundę utworu… — to taka uwaga dla tych, którzy myślą, że można wyjąć kwotę z kapelusza, a później ją mnożyć, mnożyć, mnożyć…).
Sąd oddalił natomiast powództwo w zakresie zaprzestania wykorzystywania utworu, albowiem pozwana fundacja przestała go emitować oraz usunęła z serwisu internetowego, natomiast odmówiono nakazania przeprosin w liście wysłanym bezpośrednio do powoda dlatego, że muzyk nie określił ich treści, a „powód nie może natomiast oczekiwać, że treść tę sformułuje za niego sąd w toku postępowania rozpoznawczego”. Sąd nie nakazał także przeprosin na antenie telewizji, w której film był pokazywany, albowiem zaproponowana przez twórcę treść nie odpowiadała rzeczywistości — przeto „nie byłoby zasadnym nakazanie pozwanej opublikowania przeprosin tej treści, albowiem nie wykazano wpływu tak zestawionych dźwięków na sferę emocji i psychiki, a muzyka jako rodzaj sztuki oddziałuje na emocje. Eliminując niewłaściwe sformułowania z treści oświadczenia zaproponowanego przez powoda doszło do całkowitego pozbawienia przeprosin treści, co skutkowało oddaleniem żądania (sic! — to oznacza, że sąd tak długo wykreślał wyrazy, aż nie zostało dosłownie nic…)

Wnioski? Każdy powinien wyciągnąć je sam, ja mogę tylko podpowiedzieć kierunki debaty: czy ważniejsza powinna być zatem wolność słowa, czy jednak dobra osobiste muzyka, zwłaszcza, że jego nazwisko w filmie się nie pojawiało, a jedynym „punktem zaczepienia” był właśnie jego utwór? Czy zatem pokrzywdzony artysta miał prawo skarżyć się na stygmatyzowanie go rzekomym związkiem z podnoszonymi w filmie zarzutami wobec muzyki techno, skoro nie mówiono o nim jako o „bezbożnym grzeszniku”? A może jednak — skoro ów utwór jest tak rozpoznawalny i tak mocno wiąże się go z osobą jego twórcy — takie utożsamianie było całkiem na miejscu, a więc, skoro wiele osób zwracało się do muzyka z pytaniami o sprawę, miał wolną rękę w skierowaniu pozwu do sądu? 

Na te pytania nie daję (tutaj) odpowiedzi, liczę na P.T. Czytelników i przynajmniej 101 komentarzy :-)

PS próbowałem ustalić, przy pomocy Góglarki, o jakiż to film i jakiego muzyka mogło chodzić, ale wszystko na co trafiłem to informacje o zespole Sweet Noise i TV Trwam.