Efekt Coolidge’a

Dziś w ramach wieczornego przeglądu prasy zachęcam do poczytania artykułu „Facebook: Rządowy profil a polubienia. Czy KPRM powinna reklamować firmy?” autorstwa Patryka Słowika (tu link do tekstu opublikowanego w serwisie „Gazety Prawnej”), a przy okazji do rozbudowanej omówki zagadnienia w „Dzienniku Internautów”.

W dużym skrócie — zachęcam do przeczytania obu tekstów nie tylko dlatego, że miałem przyjemność wypowiedzieć się dla „DGP” ;-) — rozchodzi się o to, że szeroko pojęta administracja publiczna coraz chętniej korzysta z nowoczesnych środków przekazu, nieco po macoszemu traktując oficjalny publikator, którym jest Biuletyn Informacji Publicznej. Tymczasem pamiętając o konieczności nadążania za modą — stąd właśnie moje napomknięcie o Calvinie Coolidge, bo zawsze jak ktoś mi mówi o nadążaniu za zmianami, to przypomina mi się jego

Don’t hesitate to be as revolutionary as science. Don’t hesitate to be as reactionary as the multiplication table

Jakby bowiem na to nie patrzeć, przepisy ustawy o dostępie do informacji publicznej wyraźnie określają sposoby komunikacji podmiotów zobowiązanych do dzielenia się z nami informacją publiczną, więc skoro nie ma tam serwisów społecznościowych, to nie można wychodzić przed szereg. Zresztą z publikowaniem istotnych informacji na Twitterze czy Fejsbóku jest jeszcze parę dodatkowych  problemów:

  • nigdy nie mamy pewności czy informacje będą tam dostępne „na wieki wieków” — Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie ma kontroli nad działalnością usługodawcy, który może zawsze skasować wiadomość albo zwinąć manatki,
  • takie serwisy czasem uzależniają zapoznanie się z całością danych od zalogowania się — czyli jeśli miła mi jest prywatność (albo po prostu nie lubię Fejsbóka), to nie będę miał możliwości zapoznania się z obwieszczanymi dokonaniami.

Słowem: jeśli zdaniem KPRM nowoczesne au courant wymaga bycia on-line, a BIP jest już passé, to nie pozostaje nic innego jak podjęcie inicjatywy ustawodawczej. Dopóki jednak ustawa o dostępie do informacji publicznej mówi, że BIP i BIP, to przecież jest jasne, że tylko BIP i BIP.

A skąd w tytule efekt Coolidge’a? Tak mi się skojarzyło, że nasz rząd jest taki sam: może zdziałać dużo i chętnie, pod warunkiem, że nikt nie będzie wymagał od niego monogamii. BIP jest jak stara, nudna żona — Twitter i Fejsbók jak wesołe panienki w kusych spódniczkach, z którą w dodatku dobrze się pojawić publicznie.

  • ajax

    „nasz rząd […] może zdziałać dużo i chętnie”
    ;-) jeszcze retoryczne pytania: czy może działać dobrze? oraz czy ma na to chęć?

  • środa

    Ale czy w ogóle informacja dostępna np. na facebooku jest „informacją publiczną”? To nie jest tak, że mi jako użytkownikowi facebooka regulamin zabrania z taką „informacją” robić części rzeczy np. skopiowania i umieszczenia w zmodyfikowanej formie na swojej stronie internetowej?

  • Jest informacją publiczną. Niezależnie od tego czy udostępnienie nastąpiło w sposób określony ustawą (skądinąd mógłbym sobie wyobrazić wniosek obywatela: „proszę o udostępnienie informacji w sposób: na Fejsbóku”), jeśli coś jest objęte definicją ustawową, to jest inf.publ. niezależnie od sposobu „siania”. Regulamin serwisu nie może tego ograniczać (takoż ze względu na art. 4 prawa autorskiego, który może być „sprzeczny” z regulaminem serwisu).

  • Adam314

    Czy nie jest tak, że wszelka administracja publiczna ma działać jedynie w obrębie istniejącego prawa? Jeśli ta, a prawo nie przewiduje tworzenia profili w serwisach społecznościowych. Na podstawie jakiego prawa zatem urzędy i instytucje zakładają sobie te profile?

  • A w ogóle to jaka jest „siła więzów” wiążących administrację w granicach tego co prawo nakazuje?

    Bo prawo nie przewiduje tego że burmistrz się spotka z proboszczem i omówi, albo przejedzie się na rowerze po nowo otwartej ścieżce, a jednak się spotka, omówi i przejedzie …

  • Ja to w ogóle jestem nieco starej daty — z czasów, kiedy owszem, podstawa do działania musiała być, ale w postępowaniu administracyjnym. Cała sfera aktywności pozaadministracyjnej państwa — w tym politycznej — była poza kpa, więc dopóki nie dopisali tego w 1997 r. do konstytucji, póty nie było problemów.

    Więc jeśli rozumieć podstawę prawną aż tak ortodoksyjnie, to pewnie zaraz się okaże, że nie ma przepisu, żeby auto służbowe było w urzędzie. Jest przepis na przetarg, ale nie ma, że akurat na pojazd.