Komercjalizacja projektu Lege Artis

Jak zapewne zauważyli najwytrwalsi P.T. Czytelnicy Lege Artis — w czasopiśmie pojawiły się pierwsze reklamy. Na razie są to głównie nieśmiałe formularze produktów finansowych oraz podobne (korzystam z możliwości jakie daje udział w programie partnerskim Money2Money), jednak z czasem pojawią się bardziej wyrafinowane formy.

Niedowiarkom i oburzonym przypominam: jest to zgodne z definicją nowego Lege Artis, które — w odróżnieniu od starego blogaska — ma być projektem ściśle komercyjnym; ma być atak reklamowy, product placement, testy doskonałych wyrobów (oczywiście z racji mojego uwielbienia dla luksusu w rachubę wchodzą tylko produkty z najwyższej półki: rowery na Reynoldsie, jak siodła to tylko Brooks, jak odzież to tylko Brooks Brothers, jak buty to tylko na skórzanej podeszwie… ;-)

Niedługo powinien pojawić się regularny cennik reklam, dzięki któremu będzie można wydawać pieniądze bezpośrednio u mnie. A do tego czasu zachęcam do klikania w dostępne reklamy, składanie wniosków, etc.

Na dobry początek (ściema, parę reklam jest już ukrytych wśród starszych tekstów) — walutomat.pl (czy wszystkim się wyświetla? czy nie psuje układu strony?):

Nie wiem czy pomoże na bolączki z kredytami w walucie obcej, ale zawsze może się przydać przed wakacjami ;-)

PS A skoro ludziska i tak powiedzą, żem pazerny niepomiernie: od wczoraj są nieco zmienione zasady świadczenia przeze mnie usług w ramach Firmy Prawniczej Lege Artis. Problem w tym, że chyba troszkę za bardzo traktuję działalność gospodarczą jako przedłużenie czasopisma, zaś ów brak asertywności kończy się rozwiązywaniem problemów za darmo. Mówiąc bez ogródek: mój czas też jest mi drogi, bo mógłbym albo pójść na rower, albo na spacer nad Odrę, albo coś poczytać, albo napisać jakiś kolejny chwytliwy tekst — a tak zajmuję się długimi kwadransami mniej lub bardziej pasjonującymi problemami, a wszystko to za wynagrodzeniem, które nie starcza na dwie butelki „Ataku Chmielu”. (Mówiąc wprost: takie są prawidła ekonomii, że przy wzroście popytu i ograniczonej podaży ta nieszczęsna cena musi rosnąć…)
Zatem pozwolę sobie na cytat z samego siebie:

chociaż bloga piszę za darmo, nie pracuję za darmo. Podstawą współpracy jest jednorazowe odpłatne zlecenie, za wynagrodzeniem, które zostanie ustalone po wstępnym zapoznaniu się ze sprawą. Minimalna stawka wynagrodzenia to 24,60 złotych brutto, płatne z góry, przelewem (…) Kwota ta stanowi zaliczkę (…) lub całość należności, w przypadku spraw, które da się zamknąć w ramach krótkiego wyjaśnienia przepisów lub podpowiedzenia sposobu rozwiązania problemu.

Słowem: wszystko (prawie wszystko, ale przyznacie, że treści przyrasta) jest za darmo w czasopiśmie, a jeśli ktoś potrzebuje skontaktować się ze mną w celu zasięgnięcia indywidualnej porady — wiadomo.

PPS I całkiem przy okazji, skoro piorę własne brudy: dostałem niedawno parę uwag P.T. Czytelników odnoszących się do trącącej myszką winiety Lege Artis — że staromodna, że powinienem odżałować troszkę kasy i zamówić jakiś ładny i nowoczesny szablon. Otóż niestety, Wielce Szanowni, staromodność wyglądu czasopisma jest zaplanowana i przemyślana: po pierwsze tylko dzięki temu winieta nigdy się nie zestarzeje jeszcze bardziej — czego nie można powiedzieć o serwisach, które starają się być zgodne z obowiązującymi trendami — a po drugie ja tak mam, że tak lubię (na przykład strasznie mi się podoba serwis tygodnika The New Yorker — to jest taki oldskól, że bardziej być nie może, ale jest super. Jeśli ktoś zatem czeka na material design, kolorowe ikonki, nieskończenie przewijającą się jedynkę, etc., to się nie doczeka :)

Niemniej wierzę, że znajdzie się jakaś stała grupa osób, które będą zwracały uwagi raczej na treść, nie na formę — zaś o treść akurat obiecuję, że postaram się jakoś zadbać (oczywiście nie zawsze będą tu tylko zachwycające, odkrywcze i przełomowe teksty, ale przynajmniej nie będzie wciskania kitu…)