Ontologiczna ekspektatywa promulgatywy 2015

motto na dziś:
Podstawą opodatkowania, z zastrzeżeniem ust. 2-5, art. 30a-30c, art. 32, art. 119 oraz art. 120 ust. 4 i 5, jest wszystko, co stanowi zapłatę, którą dokonujący dostawy towarów lub usługodawca otrzymał lub ma otrzymać z tytułu sprzedaży od nabywcy, usługobiorcy lub osoby trzeciej, włącznie z otrzymanymi dotacjami, subwencjami i innymi dopłatami o podobnym charakterze mającymi bezpośredni wpływ na cenę towarów dostarczanych lub usług świadczonych przez podatnika. (art. 29a ust. 1 ustawy o VAT)

Kiedy 8 lat (!) temu pisałem pierwszy tekst pod tytułem „Ontologiczna ekspektatywa promulgatywy” świat był prostszy: premierem był Jarosław Kaczyński, wicepremierem u niego Roman Giertych oraz śp. Andrzej L., a Dzienniki Ustaw ukazywały się w postaci papierowej, dzięki czemu pojęcie biegunki legislacyjnej miało nieco inny wymiar niż dziś (przynajmniej pod ręką były sterty papieru dla zaradzenia sobie z jej efektami…). A za motto na ówczesne dziś posłużył art. 29 ust. 1 ustawy o podatku od towarów i usług, generalnie podobny, acz już skreślony — i zastąpiony nowszym, lepszym art. 29a.

Odejście od papierowej formy promulgacji aktów normatywnych nie oznacza jednak, że problemy z inflacją prawodawczą przestały istnieć: one istnieją nadal, nadal nas trapią. Tyle, że dziś łatwiej to wszystko policzyć, że uchwala się w Polsce mnóstwo prawa i mnóstwo tego prawa jest w obiegu — ale na pozór mniej to przeraża, bo nie ma już półek pękających pod ciężarem papierzysk…

Wystarczy jednak rzucić okiem na historię „nowych, lepszych” Dz.U., by się okazało, że legislacja twórczo się nam rozwija:

  • w 2012 roku ukazało się 1555 numerów dziennika ustaw,
  • rok później mamy już 1742 opublikowane akty prawne,
  • 2014 rok zakończono doskonałym wynikiem 1995 numerów,
  • w chwili gdy piszę te słowa mamy już za sobą poz. 318, co licząc proporcjonalnie do Sylwestra nie wystarczy na przebicie rekordu ubiegłorocznego (acz wierzę, że się uda — zawsze mamy wzmożenie legislacyjne w grudniu).

Oczywiście samo w sobie odwołanie do liczby ogłoszonych aktów prawnych nie mówi nam wszystkiego o działalności legislacyjnej, przecież znaczna część tych nowości to tylko obwieszczenia Marszałka Izby Poselskiej o ogłoszeniu tekstu jednolitego jakiejś ustawy. By móc naprawdę z sensem udzielić odpowiedzi na pytanie ile jest ustaw w ciągu roku, trzeba by przejrzeć statystyki parlamentarne.
Oczywiście puchnięcie Dziennika Ustaw to nie tylko efekt pracy twórczej parlamentu, są tam przecież też oczywiście inne dokumenty, które z racji swojej rangi muszą być publikowane właśnie tam (na przykład fenomenalne rozporządzenie MSW pozwalające na złożenie wniosku o nowy dowód osobisty przez internet). Czyli kliniczny przykład działalności prawodawczej naszej władzy, z której nie dość, że nic nie wynika, to w dodatku wskutek takiego olania tematu maleje autorytet państwa.

No właśnie: czy tylko mnie irytuje, że w owym wyścigu na ilość (mówię o takim wyścigu, pamiętając o złośliwych przysrywankach prasowych, które na początku każdej kolejnej kadencji parlamentu rozliczają posłów z liczby nowych ustaw — nazywa się to „legislacyjnym kryzysem” (odsyłam do mojego felietonu sprzed lat siedmiu) zapomina się już nie tylko o jakości, ale i o zdrowym rozsądku? Brak możliwości złożenia wniosku o dowód osobisty przez ePUAP to iście barejowski przykład w stylu inkasenta zachwycającego się możliwościami jakie daje komputer, ale oto wiceminister Spraw Wewnętrznych w wywiadzie opublikowanym w Wyborcza.pl mówi, że „na platformie ePUAP do czerwca pojawią się formularze, które pozwolą m.in. złożyć wniosek o dowód osobisty czy odpis aktu stanu cywilnego bez wychodzenia z domu, przez internet” (a więc już nie „w maju” lecz „do czerwca”).

Reasumując: więcej rzadko oznaczy lepiej, natomiast w przypadku prawa, którego łatwość ogarnięcia wiąże się z jego lepszym zrozumieniem, co przekłada się na pewność prawa, na zaufanie obywateli do państwa, na brak poczucia, że znów ktoś nas chce przerobić na szaro, zasada, że milczenie jest złotem powinna stać się zasadą konstytucyjną:

  • obligatoryjne 6-miesięczne vacatio legis dla każdej ustawy, skracane wyłącznie w stanie nadzwyczajnej konieczności;
  • obligatoryjne 4-letnie vacatio legis dla przepisów podatkowych (pomijając oczywiście obniżanie stawek podatkowych);
  • zakaz nowelizowania nowej ustawy w ciągu 18 miesięcy od jej wejścia w życie, a także w okresie vacatio legis (żeby skończyć z praktyką „się zrobi i się zobaczy jak będzie”);
  • konsekwentny trójpodział władz: odebranie inicjatywy ustawodawczej władzy wykonawczej (wyjąwszy ustawę budżetową; wyłączyłbym też z tego zakazu prezydenta, jednak w ściśle określonym i ograniczonym zakresie);
  • jeśli zostawiamy możliwość wnoszenia projektów ustaw przez rząd: konsekwencje za świadome forsowanie prawa, co do którego przedstawiane na etapie prac ustawodawczych ekspertyzy mówiły o ryzyku ich niekonstytucyjności (włącznie z odpowiedzialnością konstytucyjną);
  • rozliczanie członków gabinetu z niewykonania ustaw: skoro MSW od dawna wiedziało, że mają być „dowody przez internet”, i skoro nawet rozporządzenie mówi o tym ePUAP-ie, to skoro niedałosię — obligatoryjna dymisja dla odpowiedzialnego za to ministra (plus ew. Trybunał Stanu).

Tylko w ten sposób skończy się przekonanie, że całe to nasze prawo to jeden wielki tl;dr.