O autoryzacji wywiadu: tak źle i tak niedobrze…

Jedno z najmądrzejszych stwierdzeń, którą zapamiętałem na studiach, brzmi: może i masz rację, ale co z tego? Oczywiście nie należy zasady tej stosować przy zwykłych, kulturalnych rozmowach ludzi (o ile nie chcemy wyjść na zarozumiałego buca), natomiast należy brać ją pod uwagę w relacjach z państwem, które z racji monopolu na stosowanie przemocy częstokroć chętniej skorzysta właśnie z tej przemocy — niż z rozumu.

Czytam sobie właśnie o tym, że umorzono proces dziennikarki oskarżonej o brak autoryzacji wywiadu prasowego. Czytam i nic nie rozumiem: dziennikarka przesyła kilka pytań indagowanej wójcinie (link dla niedowiarków), otrzymane odpowiedzi po prostu publikuje bo — „otrzymałam odpowiedź również mailem, więc uważałam za bezzasadne życzenie pani wójt, aby jeszcze autoryzować jej odpowiedzi, które wykorzystałam w artykule” (taką wypowiedź dziennikarki przywołuje „Press” — nie wiem czy to było autoryzowane? ;-)

Nic dodać, nic ująć! Jak dla mnie 100% jasności, bo przecież art. 14 ust. 2 prawa prasowego nie chce od dziennikarza niczego więcej:

art. 14 ust. 2 ustawy prawo prasowe:
Dziennikarz nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była ona uprzednio publikowana.

Owszem, jeśli ktoś chce dzielić włos na czworo, to polecam następujący wątek: norma posługuje pojęciem „autoryzacji” tak naprawdę nie definiując co to pojęcie oznacza. W praktyce utarło się, że autoryzacja to podesłanie spisanej wypowiedzi (pochwyconej czy to telefonicznie, czy to podczas osobiście przeprowadzonej rozmowy) do potwierdzenia, wyłapamia błędów, względnie lekkiego skorygowania (przypominam, że masakrowanie własnych wypowiedzi nie jest autoryzacją lecz robieniem z gęby cholewy).
Ale nie możemy przecież wykluczać, że autoryzacja to coś takiego: weź tekst wywiadu, wyhaftuj na jedwabnej tkaninie, połóż na szczerozłotej tacy, poślij karocą zaprzężoną w osiem karych koni do rozmówcy. Jeśli rozmówca przyjmie dar, splunie trzy razy przez lewe ramię, to oznacza, że jest OK.
Zmierzam do tego, że skoro ustawa nie definiuje wprost pojęcia autoryzacji, to jednak nie można sobie dopisywać nie wiadomo czego. Celem autoryzacji jest wykluczenie błędu dziennikarza (źle usłyszał, niedorozumiał), nie zaś danie rozmówcy oręża w celu manipulowania publikacją prasową.

(Żarty na bok; warto jednak pamiętać, że prawidłowa autoryzacja następuje wyłącznie na żądane osoby udzielającej wywiadu, dziennikarz nie ma obowiązku występować z taką inicjatywą — jest to wynikiem pojawienia się tam frazy „nie może odmówić”, nie ma natomiast zdania „ma obowiązek zwrócić się”.)

Zdefiniowanie pojęcia autoryzacji i zrozumienie schematu nie jest takie nieistotne, pamiętajmy, że w prawie prasowym jest przepis karny za niedopełnienie obowiązku:

art. 49 ustawy prawo prasowe:
Kto narusza przepisy art. 3, 11 ust. 2, art. 14, 15 ust. 2 i art. 27
– podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.

Słowem: skoro dziennikarka dostała wypowiedź listelem i jej nie przekręciła, to uważam, że autoryzacja nie była konieczna — albowiem nastąpiła niejako na początku, czyli w momencie udzielania wypowiedzi (a jeśli przekręciła, to nie autoryzacja była winna — na marginesie polecam wątek sprzed trzech miesięcy czyli dziwnej historii wywiadu dla „Malemen”).

Stąd też moje nieskrywane zdumienie: 500-złotowa grzywna za publikację nieautoryzowanego wywiadu — ponieważ listel od wójciny nie został odesłany z pytaniem „czy aby na pewno?”?! Osobiście po otrzymaniu takiego pytania pomyślałbym, że trafił mi się niedowarzony żurnalista…
Ale dziwi mnie także orzeczenie wydane w apelacji: Sąd Okręgowy uchyla wyrok skazujący i umarza postępowanie ze względu na znikomy stopień szkodliwości czynu. To oznacza, że zdaniem sądu uchybienie jednak miało miejsce — w przeciwnym razie dziennikarka zostałaby uniewinniona — z czym nie zgadzam się równie gorąco jak z grzywną. Kuriozalnie brzmią także przywołane przez „Press” motywy rozstrzygnięcia: za łagodniejszym potraktowaniem dziennikarki przemawiać miało to, że wójcina miała czas zastanowić się nad wypowiedzią i odpowiednio dobrać słowa, a także to, że oskarżona rzetelnie zacytowała otrzymane wypowiedzi. Moim zdaniem to oznacza, że autoryzacja nie była w ogóle potrzebna, nawet jeśli rozmówczyni zażądała odesłania wiadomości do ponownego przeczytania, ale przecież może i mam rację, ale co z tego?

  • b52t

    Jak człowiek natrafi na coś co napisał kilka lat temu, a to jeszcze żyje w Internetach (z siedzibą w Warszawie ;) ), to nie dziwię, że Pani „wójcina” chce wypaść aż tak dobrze, żeby własną wypowiedź pisemną chcieć przeczytać jeszcze raz. A nóż coś się zmieni przez kilka godzin czy dni, coś się będzie chciało poprawić.

  • Art

    Ale przecież może ją sobie czytać ile razy zechce, bo tekst tej wypowiedzi był w jej posiadaniu (skoro sama go napisała). Ba, w każdej chwili mogła zauważyć własny błąd i wysłać dziennikarce poprawioną wersję (co jest zrozumiałe, bo nawet głupi brak przecinka może zmienić znaczenie wypowiedzi). Autoryzacja nie ma tu nic do rzeczy. Zapewne chodziło o to, że owe cytaty były opatrzone jakimś komentarzem dziennikarki i wójcina chciała mieć możliwość zareagowania na nie przed publikacją.

  • b52t

    To nie było na poważnie. Poważnie.

  • Niestety, dość często zdarza się, że rozmówcy rozumieją autoryzację jako „zaakceptowanie artykułu” poprzez ocenę czy nawet dosłownie cytowane wypowiedzi pasują do koncepcji („w imieniu pana prezesa proszę o przesłanie treści artykułu do oceny”). Do tego dochodzi współredagowanie tekstów — ot taka hobbystyczna działalność działów PR/marketingu/sekretariatów.

  • Art

    Wybacz, trudno się zorientować co jest na poważnie, a co nie, bo czy wyrok sądu był na poważnie? :)

    Autoryzacja ma służyć właśnie upewnieniu się, że coś co na zawsze trafi do internetów będzie rzeczywiście tym, co autor słów miał na myśli.

  • > Autoryzacja ma służyć właśnie upewnieniu się, że coś co na zawsze trafi do internetów będzie rzeczywiście tym, co autor słów miał na myśli.

    Proszę o potwierdzenie :)

  • Dość często zdarza się też, że po uzyskaniu odpowiedzi, dziennikarz wcale subtelnie zmienia pytanie w taki sposób, że udzielona wcześniej odpowiedź wypada blado lub, co gorsza, robi z nas durnia.

    Widziałbym więc autoryzację, nawet niedookreśloną ramami prawnymi, jako sprawdzenie, czy udzielona odpowiedź właściwie leży w kontekście.
    I taką autoryzację zawsze proponuję.

  • Tak, to się zdarza, nie wiem czy bardzo często (nie udzielam szczególnie dużo wypowiedzi mediom, ale mnie zmanipulowano tylko raz) — jednak zawsze jestem zdania, że nie można zdejmować odpowiedzialności z barków dziennikarza (podobnie jak każdej innej osoby). Zwróć uwagę, że jeśli pomożesz w redagowaniu tekstu to być może będziesz współodpowiedzialny za jego treść — i np. za naruszenie dóbr osobistych też.

  • Art

    Ależ ja się zgadzam z Twoją tezą, że w omawianym przypadku autoryzacja nastąpiła w momencie udzielenia pisemnej wypowiedzi, czyli na samym początku. Podobnie jak Ty uważam, że sąd się pomylił. Staram się jednak zrozumieć sąd i dochodzę do wniosku, że sens (cel) tej całej instytucji autoryzacji może nie być taki oczywisty skoro prawo do autoryzacji nie obowiązuje w wielu zachodnich krajach. IMO autoryzacja nie ma na celu tylko ochrony przed konsekwencjami błędu dziennikarza, ale też przed tym, by autor wypowiedzi nie został opacznie zrozumiany. Ja pisząc ten komentarz tez narażam się na niezrozumienie, ale nie ma tu czego autoryzować, bo nikt nie redaguje moich wypowiedzi, nikt nie wyrywa cytatów z kontekstu, nikt nie przekształca ich z formy ustnej do pisemnej.

  • ale przecież to jest nakładanie odpowiedzialności na barki, nie zdejmowanie.

  • No nie, jeśli jestem współautorem artykułu — a grzebiąc w jego osnowie mogę się nim stać ;-) — to być może mógłbym ponosić współodpowiedzialność :)

    To taka dygresja intelektualna, ale kto wie, kto wie…

  • A czy zamiast grzebać w osnowie – może po prostu odmówić „bo kontekst artykułu jest inny niż rozmowy”?

  • Moim zdaniem nie ma takiej możliwości, zwłaszcza dlatego, że rozmówca nie jest od oceny kontekstu artykułu (w tekście o prezesie PZPN mogłaby być Twoja wypowiedź dot. prezesa NBP — nie widzę problemu).

    Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie ewentualnemu ciąganiu się po sądach — później. Ale to już np. z ochrony dóbr osobistych, etc.