Cennik blogerek modowych cudownie objawiony

Zostałem poproszony przez jednego z P.T. Czytelników o skomentowanie afery pt. ujawniono cennik blogerek modowych; w cynku była nawet wyraźna sugestia, że pewnie uda się przeczytać kilka ostrych słów pod ich adresem… No niestety, jeśli ktoś liczy na mycie głowy, to się mocno przeliczy, z tym, że wcale nie dlatego, że sam liczę na jakąś kasę z tej pisaniny ;-) — po prostu moim zdaniem nie ma żadnej afery pt. „ile one zarabiają?!”

Zacznijmy od tego, że nie mam bladego pojęcia skąd w ogóle myśl, że ujawniono coś tajnego i że pomocna w tym była prowokacja dziennikarska. Oczywiście każdy przedsiębiorca działający w branży reklamowej traktuje cennik usług jako pewnego rodzaju tajemnicę, ale umówmy się: nie może chronić jej strasznie ściśle, bo w przeciwnym razie nie zawarłby żadnej umowy na świadczenie usług reklamowych i z zarobku byłyby nici. Niezależnie zatem od tego jak bardzo chronimy cennik usług i jak bardzo jesteśmy przywiązani do myśli, iż jest to nasz dorobek intelektualny a w dodatku tajemnica, której ujawnienie oznacza czyn nieuczciwej konkurencji — kiedyś trzeba puścić farbę.

Stąd nie umiem chyba się zachwycić nad sprytem osoby, która musiała rzekomo posłużyć się prowokacją (!) dziennikarską (!!) dla uzyskania informacji o cenniku postów reklamowych na blogach dziewczyn, które piszą o modzie i pozują do zdjęć, które z definicji mają charakter promocyjny i reklamowy — względnie autopromocyjny.

Olgierd Rudak

Olgierd Rudak, arcydrogi bloger modowy ;-)

Nie rozumiem też oburzenia osób, które zdają się mówić: tak drogo, ale za co? No cóż, rozumiem, że nie każdy ocenia uroki wolnego rynku — że zarobić można dokładnie tyle (czyli: tylko tyle i aż tyle), ile ktoś inny zechce zapłacić. Przy czym o ile miernik wartości dóbr materialnych wydaje się dość jasny — prawie każdy wie ile kosztuje 10-letni VW Golf IV z silnikiem 1.9 TDI i przebiegiem 65 tys. kilometrów — to już konstatacja, że nie wszystko co nienamacalne jest za darmo czasem przerasta horyzont pojęciowy.

Tymczasem każda usługa też jest warta dokładnie tyle, za ile ktoś jest w stanie ją wykonać — a ktoś inny zapłacić — i trudno oczekiwać, by ktoś wyceniał się choćby o grosz taniej (lub drożej). Oczywiście, że każdy może pisać blogaska, i na pewno każdemu pójdzie to równie dobrze jak tamtym dziewczętom — podobnie jak każdy może rozwiązywać problemy prawne. Mało tego: do prowadzenia bloga o modzie nie trzeba skończyć szkoły krawieckiej, podobnie jak do udzielania porad prawnych właściwie nie trzeba mieć formalnego wykształcenia prawniczego, więc naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie robić konkurencję — i blogerkom modowym, i czasopismom prawniczym, i internetowym firmom porad prawnych… ;-)

Toteż skoro dziewczyny są młode i ładne, i ładnie wyglądają, i ktoś ma dla nich pieniądze za to, że są w stanie wyeksponować to w najlepszy sposób (piszę bez najmniejszej złośliwości), to czemu robić im z tego zarzut? Byłoby dziwne, gdyby ktoś chciał potraktować jako life-stylowy wzorzec mędrkowatego prawnika w wieku 40+ (a może są chętni? ;-) — ale na razie wszyscy zdrowi, wszyscy w normie.

PS tekst akurat na wieczór prima aprilisowy; wstrzymałem się dziś z jakimkolwiek pisaniem, bo wyszło mi, że ludzie i tak czekają na jakieś dowcipasy, więc jeśli nawet skrobnę coś na poważnie, to skończy się na żartach. A tak może nikt nie zauważy ;-)