Powiedzieli co wiedzieli #13 — Ustawa o stałej cenie książki

Nikt nie może być pewien swego życia, zdrowia i majątku, dopóki obraduje Parlament Jej Królewskiej Mości — ten, kto to powiedział, na pewno wiedział co miał na myśli. Natomiast wszystko wskazuje, że projektodawcy ustawy o stałej cenie książki nieszczególnie przejmują się: swobodą prowadzenia działalności wydawniczej (która obejmuje także swobodę kształtowania polityki cenowej), logiką oraz zwykłym dobrym smakiem.

Zacznijmy od początku: natchnieni przez Polską Izbę Książki posłowie Polskiego Stronnictwa Ludowego (biorąc pod uwagę nasycenie polskością w nazwach tych szacownych organizacji tu nie mogę sobie odmówić cytatu z wieszcza):

Szli krzycząc: „Polska! Polska!” — wtem jednego razu
Chcąc krzyczeć zapomnieli na ustach wyrazu;
Pewni jednak, że Pan Bóg do synów się przyzna,
Szli dalej krzycząc: „Boże! ojczyzna! ojczyzna”.
Wtem Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka,
Spojrzał na te krzyczące i zapytał: „Jaka?”

doszli do przekonania, że całe zło — a złem w tym przypadku jest upadek czytelnictwa, z którym wiążą się trudności wydawców — bierze się z tego, że brak jest przepisów wprowadzających regulowaną cenę książek. Która to regulacja (cytuję komunikat prasowy, za Światem Czytników) będzie miała wyłącznie pozytywne skutki: „niższe ceny książek, różnorodność oferty wydawniczej i szeroki dostęp do książki” a wszystko to dlatego, że „we wszystkich materiałach analitycznych, wskazuje się, iż książka nie jest zwykłym towarem, który może bez ograniczeń podlegać regułom rynkowym”.

Stąd też w ustawie znajdujemy następujące postanowienia:

  • ustalona jednolita cena książki musi być wydrukowana na obwolucie, informację o cenie należy przekazać do Biblioteki Narodowej,
  • z obowiązku zwolnione są wyłącznie bardzo ekskluzywne pozycje (bibliofilskie o nakładzie do 500 egz., rękodzielnicze, etc.),
  • cenę regulowaną należy stosować w ciągu 12 miesięcy od końca miesiąca, w którym książka weszła do obrotu, obowiązek stosowania ceny z okładki obciąża każdego sprzedawcę końcowego (chociaż w art. 10 projektu jest dość dziwny: „Sprzedawca końcowy jest obowiązany do oferowania książki do sprzedaży nabywcy końcowemu po cenie wynoszącej nie mniej niż 95% i nie więcej niż 100% ceny”,
  • niższe ceny można także stosować przy sprzedaży: bibliotekom, instytucjom kultury i szkołom (rabat nie może przekraczać 20%) albo podczas targów książki (15%),
  • w okresie obowiązywania ustalonej ceny nie wolno informować o stosowaniu cen niższych (zostało to zakwalifikowane jako czyn nieuczciwej konkurencji) ani oferować książki jako dodatku do innego produktu (żegnajcie darmowe wkładki do czasopism…),
  • naruszenie przepisów o stałej cenie książki jest wykroczeniem podlega karze grzywny.

Niestety, nie umiem oprzeć się wrażeniu, że dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane — czyli diabeł przebrał się w ornat i na mszę ogonem dzwoni ;-) Pomijając już ryzyko naruszenia konstytucji (tym politycy tworzący nowe lepsze przepisy rzadko się przejmują) — bo przecież w świetle orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego każde odstępstwo od konstytucyjnej zasady swobody prowadzenia działalności gospodarczej musi mieć nieco poważniejsze uzasadnienie, niż „książka nie jest zwykłym towarem” — dla każdego rozsądnego człowieka jest oczywiste, że wejście w życie tych przepisów będzie ostatecznym gwoździem do trumny czytelnictwa.

Sęk w tym, że jeśli kogoś bolą promocje i niższe ceny książek — które jakby na to nie patrzeć mogą być zachętą do kupienia (i przeczytania) książki — to logicznym jest, że ustalenie jednolitej (i zapewne dość wysokiej) ceny wydania nie załatwi sprawy: owszem, jeśli ktoś będzie czuł nieprzemożną potrzebę zakupu, wyda nawet te większe pieniądze, ale reszta po prostu odejdzie od lady (i wyda kasę na coś innego).

A jeśli posłowie potrzebują podpowiedzi w jaki sposób ratować inne branże — które przecież też zapewniają realizację kluczowych potrzeb ludności — to na mojej ad hoc wymyślonej liście znajdziecie: stałą cenę samochodów i zakaz promocji (auto wszakże jest dla większości Polaków sposobem na dotarcie do pracy, co nazywa się zwiększoną mobilnością — być może odniesienie do tej wartości przekonałoby TK w przypadku jakichś zażaleń), stałą cenę chleba, bułek i masła (bo jeść każdy musi z wiadomych przyczyn — żywność nie jest zwykłym towarem), stałą cenę odzieży (jak się nie ubiorę, to się przeziębię), a wieczne promocje w Vistuli nie sprzyjają różnorodności oferty i szerokiemu dostępowi do asortymentu…

Errr… zagalopowałem się?

  • Robal_pl

    Dla mnie to jest wyjątkowa głupota rodem z gospodarki centralnie planowanej, którą, teoretycznie jak widać) znieśliśmy w 1989 roku. Bo nie działała. A teraz wraca z przytupem razem z innymi socjalistycznymi głupotami narzuconymi nam przez UE. Kraje Europy Zachodniej nie przeżyły 50 lat socjalizmu/komunizmu i debilnych eksperymentów na społeczeństwie, więc socjalizm może wydawać się im kuszącą perspektywą. Niestety. Szkoda, że narzucają go nam, niech wprowadzą tylko u siebie. Ale my emigrantów przyjmować nie będziemy !

  • Osobiście czekam na jakąś Agencję Interwencyjnego Skupu Książek względnie Fundusz Modernizacji i Rozwoju Wydawnictwa — jako odpowiedź na bolączki trapiące wydawców…

  • Żuraw

    A może by tak ustawa o stałych przychodach parlamentarzystów? Tzn że suma ich przychodów ze wszystkich źródeł nie może przekraczać np. 115 % diety poselskiej……
    (przychodów, nie dochodów – kreacja kosztów może mieć bardzo ciekawy zasięg)

  • robert

    Dobry tekst Olgierd ;-)

  • Dzięki :)

  • mall

    Ale jest też taki scenariusz: dystrybutor żąda od wydawców wstawienia dużej ilości książek na sprzedaż promocyjną w cenie, która nie pokrywa wydawcy kosztów. Po zakończeniu promocji cena książki wraca do normalnego poziomu i jednocześnie przestaje się sprzedawać. Dystrybutor organizuje więc kolejną promocję, na której wydawca (ten sam lub inny) znów nie zarobi.
    Skąd wniosek, że cena regulowana podniesie ceny książek? Ma ona jedynie zapobiec promocji przy premierach i nagminnej sytuacji jak wyżej.

    Zgadzam się, że ceną regulowaną czytelnictwa się nie podniesie bo to mogą przynieść zmiany kulturowe przede wszystkim.

  • Skąd wniosek? Moim zdaniem wynika to z założenia, że: skoro kogoś boli niska cena w promocji, to liczy na wyższą cenę.

    Rozumiem, że Empik jest w stanie wymusić na wydawcach dziwne ruchy cenowe — przypomina mi to artykuły o Żabce sprzed kilku lat — jednak obawiam się, że ustawa temu nie będzie zapobiegać. Jeśli Empik jest taki mocny, że potrafi dyktować wydawcy cenę, to podyktuje ją wcześniej. Czyli: pierwsza książka ze sztywną ceną, która się nie sprzeda, spowoduje telefon z centrali do wydawcy pt. „weź się opanuj, więcej tego nie weźmiemy za takie pieniądze, bo zalega na półkach”.

    Zatem w ustawie brakuje organu, który z urzędu wyceniałby książkę „uczciwie” i pilnował rynku. No i wyasygnował środki na zakup.

    Problemem, jak zawsze, nie jest gra rynkowa — cena, popyt, podaż, takie tam rzeczy od Adama Smitha — problemem jest monopolizacja rynku, czyli tworzenie czeboli.

  • > Skąd wniosek, że cena regulowana podniesie ceny książek?

    Stąd wniosek, że niewiele się spotyka książek o cenie większej niż okładkowej, za to wiele o cenie niższej.

    > Ma ona jedynie zapobiec promocji przy premierach i nagminnej sytuacji jak wyżej.

    A czy zapobieżenie sytuacji jak wyżej to nie jest podniesienie ceny?

  • luka

    O dziwno zwolennicy ustawy w ogóle nie podnoszą najważniejszego IMO argumentu tzn. że obecnie cena jest sztucznie zawyżona, bo z założenia uwzględnia duże rabaty dla sieciówek (w takim matrasie czy bonito regularnie jest promocja 15-30% na wszystkie książki).
    Inna sprawa, że sztywna cena raczej podniesie ceny dla wszystkich, niż obniży małym księgarniom.

  • To jest chyba mechanizm właściwy dla całego naszego rynku — gdzie rzadko „cena cennikowa” odzwierciedla rzeczywiste oczekiwania producenta/sprzedawcy — bo zawsze są jakieś przeceny, promocje, rabaty, wyprzedaże. I klienci już zapamiętali, że tylko frajer kupuje poza promocją.

  • Borek

    Przecież PIK jest, ekhem, dzieckiem wydawców obawiających się wolnego rynku, gdy ten rozwinął u nas skrzydła. Ile razy gdzieś mi się przewiną przed oczami, ile razy zobaczę jakąś ich inicjatywę to mi ręce opadają… Myślałem, że ten pomysł ze stałą ceną książki to już dawno upadł, a tu takie kwiatki. :(

  • A ja czasem myślę, że każde środowisko — o ile nie jest już solidnie uzbrojone w regulacje — ma swój sztandarowy projekt ustawy.

  • Borek

    Tego raczej nie można wykluczyć. Strach jednak sobie wyobrażać co może być w takich projektach, zwłaszcza po słowach jakiegoś wydawcy na temat e-booków. Nie wiem kto to był konkretnie i kogo przedstawiał, bo moje gumowe ucho przechwyciło akurat rozmowę „przy popielniczce” na jakiejś konferencji prasowej.

    Tok myślenia był taki – e-booki nie mogą być tańsze niż normalne książki, bo przecież taką książkę wydrukowaną trzeba zeskanować, przesłać na komputer, tam obrobić w jakimś OCR albo ranyboskieręcznie i przerobić na e-booka. To przeciez jest ciężka praca! Na to, że od lat książki są robione przy użyciu komputerów i w formie elektronicznej wysyłane do drukarni autor myśli chyba nie wpadł… Ja stanowczo odmawiam takim ludziom prawa do wymyślania prawa. :D

  • Art

    Jeśli prawdą jest, że sieciówki mają duże rabaty od dostawców w porównaniu do małych księgarni, to chyba dobrze, że cena okładkowa jest dostosowana do możliwości małych księgarni?

    Sam fakt okresowych promocji (zamiast niskich cen na stałe) może i jest sztuczką marketingową, natomiast wysokość tych promocji jest efektem konkurencji cenowej. Wyobraź sobie, że jesteś menadżerem w Matrasie – Twoim zadaniem jest sprawić, aby potencjalny klient kupił u Ciebie, a nie w Bonito. Co robisz? Obniżasz cenę. Menadżer z Bonito szybko się orientuje i też obniża. Żaden nie podwyższy, bo nie chce odpływu klientów. Z drugiej strony każdy menadżer chce się pochwalić jak największym zyskiem. Zmowa cenowa jest ryzykowna, bo można ją łatwo wykryć, a poza tym zawsze ktoś się wyłamie. Ustawa o stałej cenie książki to właśnie zmowa cenowa wprowadzona ustawowo, bo księgarnie nie tylko nie będą musiały konkurować ceną, ale wręcz nie będą mogły tego robić.

  • Art

    Wymyślanie prawa to nie to samo co tworzenie prawa. Każde środowisko lobbuje na swoją korzyść, i to jest normalne. Odpowiedzialność ponoszą nie lobbiści, lecz posłowie. PSL całkowicie straciło kontakt z rzeczywistością.

  • Jakie to wszystko urocze :/ Tak się o nas martwią. Przynajmniej za 20 lat będę wiedział ile kosztowała mnie książka… jak te z czasów komuny.

  • Pierwsza nowelizacja ustawy nakaże podawanie dokładnego nakładu (teraz mało który wydawca to robi, za komuny był taki wymóg) oraz dokładne opisywanie numerów wydań (wznowień).

  • Ehh jak ta ustawa przejdzie to i w bibliotekach będzie jeszcze większa mizeria niż jest obecnie – na chwilę obecną można się dogadać z dystrybutorem na naprawdę solidne rabaty. A jak będzie wysoka cena i od tego powiedzmy – rabat 20% – to zakupy książek będą gorsze niż obecnie… A potem będzie płacz, że czytelnictwo spada…

  • Prawda — kasy w budżetach bibliotek od tego nie przybędzie.

  • pcs

    A niech sobie uchwalają… Dzięki tej ustawie powstanie nowa usługa – będzie można przez net zamówić obwoluty z wydrukowaną, odpowiednią ceną ;)