…głosowałem na Kozakiewicza…

Wybory, wybory, i po wyborach — a przynajmniej po ich pierwszej turze. Pewnie jeszcze mądre głowy długo będą analizowały dlaczego tak a nie inaczej, komu za mało, a komu zanadto (w momencie kiedy zaczynam pisać ten felieton jeszcze kilka godzin do końca niedzieli wyborczej), jednak już teraz mogę postawić (odważnie? naiwnie?) pewną tezę: tak, głosowałem na Kozakiewicza. Na gest Kozakiewicza.

Zacznę może od tego, że chyba jeszcze nie zdarzyło mi się być aż tak bardzo niezainteresowanym wyborami i wynikiem wyborów. Zero dreszczyku emocji. Po części jest to wynik braku telewizora ;-) po części braku porywających kandydatur — po części zwykłym zniechęceniem. Gdybym miał chociaż możliwość oddania głosu ważnego niewybierającego… ale niestety, ojcowie konstytucji nie wzięli pod uwagę, że można mieć na sercu dobro Rzplitej (albo po prostu interesować się polityką) — ale mieć w rzyci takie kandydatury.

Z wyborami prezydenckimi w Polsce jest zasadniczy problem: rzeczywiście jest to wielki cyrk o wielkie nic. Jeśli media miały pretensje do konkurentów, że nie walczą na programy, ale u licha sprawdźcie w konstytucji jakież to uprawnienia ma głowa państwa, którymi może starać się zachęcić do oddania głosu na siebie. Literalnie rzecz ujmując sprowadza się to do paru magicznych formułek:

  • jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej;
  • czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium.

Przy czym każda z kompetencji sprowadza się albo do zwykłej formalności — jest najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych RP, ale tylko poprzez szefa MON; zwołuje Radę Gabinetową, ale nie jest ona wówczas Radą Ministrów; wydaje akty urzędowe, ale tylko za kontrasygnatą premiera; powołuje premiera, ale w sumie tylko pod dyktando Izby Poselskiej; powołuje sędziów, ale tylko wskazanych przez KRS i niech no spróbuje kogoś nie powołać (tyle, że już wiadomo, że nie wolno go poganiać) — albo do dublowania uprawnień innych organów (inicjatywa ustawodawcza, którą przecież i tak realnie pociągnąć musi parlament).
Właściwie wszystko co wyróżnia kompetencje prezydenckie to prawo weta ustawodawczego i możliwość skierowania ustawy do TK przed jej podpisaniem — przy czym prezydent wetujący publicznie uważany jest za nierozumiejącego potrzeby burzyciela porządku publicznego (a z kontroli uprzedniej nie korzystają nader często…)

Moim zdaniem oznacza, że uczciwy kandydat śmiało mógłby „g—o mogę wam obiecać, bo prezydent g—o może zrobić” — i to chyba byłoby najodważniejsze wyznanie całej kampanii.

Stąd też i moje rozczarowanie, i równoczesny brak rozczarowania, stąd i spokojne zmarnowanie głosu — bo mój głos oddany na Pawła Kukiza (ów anty-polityczny gest Kozakiewicza) uważam za marnowanie głosu — dzięki czemu na pewno nie będę czuł się rozczarowany.
Dlaczego na Kukiza? Czyżby aż tak owładnęła mną wizja JOW-ów? Otóż nie, bo nie uważam, by jednomandatowe okręgi wyborcze były lekiem na całe zło (są lekiem, ale nie na całe zło); nie uważam także, by było to dobre hasło na kampanię prezydencką. Ale nie jest to także (jak widzi to red. Żakowski) głosowanie dla żartu; cóż jednak zrobić, jeśli stronnictwo, na które „z rozsądku” lecz przez zaciśnięte zęby głosowałem jeszcze dekadę temu — z tego samego rozsądku — odrzuciło wszelkie postulaty liberalne, nawet jeśli był to liberalizm mocno rozmiękczony? I co zrobić, jeśli mój tradycyjny „kandydat pierwszego wyboru” odlata opleciony oparami absurdu tak szczelnie, że już nie wiadomo — liberał to jeszcze, czy już komik szukający swej Bürgerbräukeller?

Owszem, mogłem zagłosować na Magdalenę Ogórek, kandydatkę praktycznie równie anty-systemową, przy czym młodą i przyjemną oku (jako najwyższa przedstawicielka państwa mogłaby korzystać z tego dobrodziejstwa), ale jednak nie: chociaż chyba zero w niej lewicowości, to jednak bałbym się, że byłoby to zaliczone jako „na SLD”, a po drugie za dużo wystylizowania. Kukiz — ten kiepski kandydat w beznadziejnej sytuacji ubiegający się o fotel pod żyrandolem w wyborach o nic — jest bardziej autentyczny.