Umieszczony na Fejsbóku link do filmiku nie narusza prawa

Opisywanym orzeczeniem zainteresowałem się ze względu na powiązanie z kampanią wyborczą — której praktycznie nie poświęciłem w Lege Artis nawet ćwierci przecinka (wyjąwszy napiętnowanie populistycznych opowieści posła Wiplera) — ale wyszło, że warto zwrócić uwagę z nieco bardziej ponadczasowych powodów. Otóż Sąd Apelacyjny w Warszawie w wyroku z 7 maja 2014 r. (sygn. akt I ACa 1663/13) zajął się odpowiedzialnością za umieszczony na Fejsbóku link do filmiku, w którym bez zgody twórcy wykorzystano jego utwór — i stwierdził, że co do zasady nie oznacza to naruszenia praw autorskich.


link do filmiku z youtube

Zrzut ekranu teledysku będącego przedmiotem sporu.


W sprawie chodziło o dość prostą historię: jeden z kandydatów, podczas kampanii wyborczej w 2011 r., umieścił na swoim profilu w Fejsbóku (a nie, przepraszam — „na portalu społecznościowym F.”) odnośnik do tego filmiku, w którym wykorzystano fragment swego czasu dość popularnego hip-hopowego kawałka (sprawa była także opisywana w prasie, zwłaszcza w tej brukowej). Sprawą poczuł się urażony twórca piosenki i wytoczył kandydatowi pozew, w którym zażądał przeprosin w prasie i internetach, a także — wychodząc z założenia, że doszło do naruszenia przysługujących autorskich — 10 tys. zadośćuczynienia i 30 tys. odszkodowania.

W pierwszej instancji roszczenie co do zasady zostało uwzględnione, jednak pozwany wniósł skuteczną apelację.
Zdaniem sądu niezależnie od tego, czy ów feralny teledysk stał się czy nie stał się częścią spotu wyborczego, a także że ów profil był stworzony na potrzeby kampanii (przez co filmik stał się dostępny dla każdego użytkownika Fejsbóka), pozwany polityk nie ponosi odpowiedzialności za naruszenie praw autorskich twórcy piosenki. Skoro bowiem pozwany nie jest autorem owego teledysku (w rozważaniach sądu ładnie nazwanego utworem audiowizualnym — jest to istotne z punktu widzenia ewentualnej odpowiedzialności za naruszenie praw twórcy utworu „składowego”), to podlinkowanie takiego utworu nie narusza praw autora piosenki, która została wykorzystana jako element filmiku. Nie ma też w sporze znaczenia, że teledysk został wykorzystany jako tzw. „deep link” (pojęcie to zrobiło swego czasu karierę w kręgach prawników zwalczających filmiki z YouTube i uważających, że można ponosić odpowiedzialność za dzielenie się nimi…)

Co więcej sąd powiedział pewne zdanie, które można sobie zapamiętać jako elegancką formę tego, co zawsze mówię w takich przypadkach (że skoro YT służy do pokazywania filmików, a w dodatku funkcjonalność serwisu pozwala na ich osadzanie w innych serwisach — to oznacza, że takie działanie jest co do zasady bezprawne, a jeśli ktoś uważa inaczej, to niech używa art. 14 ust. 1 UoŚUDE). Otóż zdaniem sądu pozwanemu nie można zarzucać odpowiedzialności za bezprawne naruszenie praw muzyka, ponieważ:

(…) zamieścił link do utworu zamieszczonego na ogólnie dostępnej stronie internetowej, do którego to utworu nikt nie zgłaszał, ani nadal nie zgłasza roszczeń z tytułu naruszenia praw autorskich. Zatem miał uzasadnione podstawy do przyjęcia, że zamieszcza link do utworu legalnie znajdującego się w sieci (…)

Natomiast sąd wzmiankuje — nie rozważa, lecz wzmiankuje — iż być może powód mógłby dochodzić naruszenia swoich praw autorskich jako współtwórca utworu audiowizualnego (filmik), na co pozwalałby mu art. 69 pr.aut. — jednak okoliczności te nie były podnoszone w toku sporu. (Przyznam, że to mogłoby dodać ognia sprawie…)

W konsekwencji powyższego sąd oddalił powództwo, albowiem nie można przyjąć, by doszło do naruszenia autorskich praw majątkowych powoda do utworu „Hej suczki” — a to dlatego, że pozwany korzystał z filmiku autorstwa nieznanej osoby, filmik został opublikowany w portalu internetowym, nie zgłoszono wobec filmiku zarzutów o naruszenie praw autorskich. Nie sposób mu zatem przypisać winy na podstawie art. 415 kc.