Wyprowadzacz psów bez odszkodowania za szkodę wyrządzoną przez psa na spacerze

I jeszcze krótki felietonik w kontekście odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez zwierzę: jeszcze bardziej ryzykuje wyprowadzacz psów, który nie dostanie odszkodowania od właściciela zwierzęcia, jeśli poniósł szkodę wskutek wybryku nieupilnowanego przez siebie psiaka. Taki wniosek płynie z wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 26 maja 2014 r. (sygn. akt I ACa 955/13).


wyprowadzacz psów odpowiedzialność

Wyprowadzacz psów nie dostanie odszkodowania za szkodę wyrządzoną przez nieupilnowanego psiaka (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Sprawa była bardzo prosta: jakaś pani zatrudniła się przy domu jako pomoc domowa, do jej obowiązków należało między innymi wyprowadzanie na spacerek dwóch amstaffów. Już po miesiącu, podczas jednego ze spacerów pieski szarpnęły, pani upadła, wskutek czego zwichnęła sobie bark — więc zażądała od właściciela piesków 60 tys. złotych zadośćuczynienia i 35 tys. odszkodowania, jako podstawę roszczenia wskazując art. 431 par. 1 kodeksu cywilnego.

Cóż zrobić, skoro sądy obu instancji nie uwzględniły żądania powódki. W szczególności stwierdzono, że skoro powódka miała psy na smyczy, to

wyprowadzanego przez powódkę na smyczy psa należy potraktować jako narzędzie przy pomocy, którego powódka wykonywała umowę łączącą strony

(sic!)
A w dodatku skoro powódka podjęła się obowiązku zapewnienia nadzoru nad zwierzęciem, to dla przerzucenia odpowiedzialności na właściciela amstaffów musiałaby udowodnić, że można mu przypisać winę za zdarzenie. Do jej obowiązków należało sprawowanie opieki nad powierzonymi psami, zatem to ona była adresatką art. 431 par. 1 kc — czyli gdyby psy wyrządziły krzywdę innej osobie, to właśnie powódka by za to odpowiadała.
W dodatku szkoda powstała nie dlatego, że psy były groźne czy źle ułożone, lecz po prostu: szarpnęły, a przecież

na taką sytuację powódka powinna być przygotowana albowiem jest rzeczą powszechnie wiadomą, że psy w różnych sytuacjach potrafią reagować gwałtownie

I nic nie zmieniło to, że gosposi powierzono wyprowadzanie na spacer amstaffów (które mają, niezasłużenie, opinię strasznych ludojadów). Jak przytomnie zauważył sąd

powódka miała świadomość jakiej rasy są psy, nad którymi zdecydowała się podjąć opiekę, powinna była zatem ocenić, czy ma możliwość podołać przyjętym na siebie obowiązkom

Rekapitulując: wyprowdzacz psów, skoro bierze na siebie taki obowiązek, musi pamiętać o dwóch podstawowych sprawach — raz, że zawarta umowa czyni jego osobą, która ponosi na podst. art. 431 par. 1 kc odpowiedzialność za wybryk zwierzęcia, a po drugie co do zasady właściciel psa nie będzie odpowiadał za szkodę wyrządzoną wyprowadzaczowi przez jego pupilka.

  • b52t

    Co do zasady jest w tym logika i słuszność, ale latanie w oparach prawnej abstrakcji jest w tym uzasadnieniu przesłodkie. Jeszcze rozumiem jakby te psy były zaprzęgnięte w sanie czy wózek, żeby nazywać je narzędziem. Wyprowadzenia ich to co najwyżej obowiązek wynikający z umowy, zaś same psy to co najwyżej, i to idąc językiem sądu, przedmioty, które są obiektem wykonywanie tej czynności, narzędziem to jest on i smycz. ;]

  • Myślę, że sąd potraktował psią smycz jak uzdę, zatem — naczytawszy się orzeczenia SN — stwierdził, że prowadzony pies to jak ujeżdżany koń :)

  • b52t

    Żeby to chociaż były sznaucery olbrzymy, czy inne kaukaskie czy himalajskie misie.