Brak staranności dziennikarskiej a naruszenie dóbr osobistych

Wraca czasem tu i ówdzie wątek staranności dziennikarskiej, która — jak chce tego art. 12 ust. 1 prawa prasowego — ma być szczególna (czyli nie: zwykła). Pytają mnie czasem dziennikarze — oczywiście także ci internetowi, tj. przynajmniej tacy, którym na sercu leży coś więcej niż zwykłe nabijanie klików — co to właściwie oznacza: zachowanie szczególnej staranności dziennikarskiej oraz, w jaki sposób należy sprawdzić prawdziwość podawanych informacji, no i jakie konsekwencje może pociągać za sobą brak staranności dziennikarskiej?

art. 12 ust. 1 ustawy prawo prasowe:
Dziennikarz jest obowiązany:
1) zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło,
2) chronić dobra osobiste, a ponadto interesy działających w dobrej wierze informatorów i innych osób, które okazują mu zaufanie,
3) dbać o poprawność języka i unikać używania wulgaryzmów.

W bardzo dużej ogólności (nawet nie próbuję udawać, że pojęcie należytej staranności dziennikarskiej uda mi się streścić w jednym niedługim tekściku) chodzi tu o rzetelność w opracowywaniu materiałów: zachowanie obiektywizmu, niepisanie pod z góry założoną tezę. Jeśli opisywana sytuacja związana jest z konfliktem różnych osób — dziennikarz powinien starać się ją zbadać z każdej możliwej strony i przedstawić wyważony obraz. Powinnością dziennikarza jest opisanie prawdy „takiej jaka ona jest” — nie zaś takiej jaka mu się apriorycznie wydawała.
Konsekwencją naruszenia tej powinności przez dziennikarza będzie konieczność opublikowania sprostowania; w szczególnych przypadkach — jeśli żurnalista poszedł wybitnie po bandzie — trzeba się liczyć z odpowiedzialnością za naruszenie dóbr osobistych.

(Zasygnalizuję teraz tylko pewien problem, który umknął ustawodawcy w art. 12 prawa prasowego — odchodzę od tekstów przekrojowych, więc nie będzie trzech akapitów z cyklu „ale… chyba że… jednakże…” — otóż na podstawie tego przepisu nie można oczekiwać delegalizacji takich form jak publicystyka polityczna, która per se bywa przecież nafaszerowana emocjami, no i dozwolony jest jeszcze felieton, w którym można sobie pozwolić na więcej. Słowem: trzeba umieć rozróżnić dziennikarstwo faktu od dziennikarstwa opinii.)

A co jeśli tendencyjny dziennikarz zada sobie najwięcej trudu by udowodnić założoną z góry tezę? Na takie pytanie odpowiada wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 23 stycznia 2015 r. (sygn. akt VI ACa 478/14), z którego uzasadnienia można nauczyć się kilku zasad gry.

Autor artykułu nie dochował należytej staranności. Wykazane w toku postępowania próby skontaktowania się z powodem nie mogły być uznane za wystarczające, w szczególności wobec faktu, iż wymagany przez art. 12 ust. 1 prawa prasowego poziom staranności dziennikarskiej odbiega istotnie wzwyż od staranności należytej.

A więc po pierwsze przypomnienie, że prawo prasowe nakłada na dziennikarza obowiązek zachowania podwyższonych standardów staranności zawodowej — które są wyższe od staranności należytej. To nie jest już tylko należyta staranność z art. 355 par. 1 kc ani nawet profeska z art. 355 par. 2 kc — od dziennikarza wymaga się staranności dziennikarskiej.

Strona pozwana udowodniła jedynie pewne nieskuteczne i niedoskonałe z punktu widzenia możliwości osiągnięcia rezultatu próby skontaktowania się z powodem. Pierwsza z nich dotyczyła nieskutecznej próby nawiązania kontaktu telefonicznego, przy czym nie jest w ogóle wiadome, na jaki numer telefonu dzwoniono, czy był to w owym czasie numer powoda oraz czy powód miał możliwość odebrania połączenia. Nie sposób uznać, że tego rodzaju próba skontaktowania się była właściwa i wystarczająca, nawet w połączeniu z innym przedsięwzięciem prowadzącym ewentualnie do rozmowy z powodem. Należy też nawiązać do zeznań samego autora spornego tekstu, B. F., który wskazał, iż jednocześnie z otrzymaniem numeru telefonicznego do powoda dostał informację, że numer ten może być nieaktualny.

W sporze chodziło o podanie przez dziennikarza nieprawdziwych informacji o pewnej osobie. I teraz tak: skoro owa staranność dziennikarska wymaga wysłuchania każdej strony (audiatur et altera pars), to nie może być tak, że próba kontaktu będzie nieudolna. (Czasem słyszę: „dzwoniłem, nie dogadałem się, czy mam dzwonić jeszcze?” — tak, masz dzwonić jeszcze.)

Bezspornie nieprawdziwa była natomiast informacja, że w zarządzie spółki zasiadała siostra powoda. Jak wynika z samej treści artykułu, informację tę dziennikarz uzyskał od M. S. Brak weryfikacji tej informacji stanowi istotne uchybienie rzetelności dziennikarskiej. Dane dotyczące osób będących członkami zarządu są ujawnione w Krajowym Rejestrze Sądowym, dostępnym publicznie dla każdej osoby zainteresowanej. Nie było zatem przeszkód, by dziennikarz potwierdził uzyskaną informację poprzez sprawdzenie odpisu z KRS (co jest możliwe także przez Internet za pośrednictwem strony krs.ms.gov.pl [obecnie ems.ms.gov.pl — przyp. O.R.]).

Ten passus rozwalił mnie kompletnie; po namyśle jednak stwierdzam, że przecież nie brak dziennikarzy, dla których spółka akcyjna i partnerska to jedno i to samo, firma przedsiębiorstwa i nazwa produktu to jedno i to samo, zaś nazwiska członków organów są dokładnie sprawdzane pod warunkiem, że dotyczą polityków.
…no chyba że akurat serwis ten był w trybie „błąd przerwa techniczna”… jednak nawet w takiej sytuacji należy poczekać, spróbować ponownie.

Autor artykułu wykazał się umiejętnościami w zakresie zdobywania informacji na temat powoda i trudno jest założyć, że nie miał innych, skutecznych możliwości dotarcia do powoda w celu zweryfikowania uzyskanych na jego temat informacji. Strona pozwana nie próbowała nawet dowodzić tego na przykład, że nie było możliwości ustalenia adresu powoda i wysłania do niego listu lub udania się pod ten adres. Ani tego choćby, że dziennikarz przekazał pani B. ustnie albo w formie notatki przeznaczonej dla powoda podstawowe informacje dotyczące planowanej z powodem rozmowy. Strona pozwana nie wywodziła również na przykład, że podjęto próbę dodzwonienia się do powoda na inny numer telefonu, po tym gdy nie udało się połączyć za pierwszym razem.

To właściwie nie wymaga komentarza. Ale na wszelki wypadek podkreślę: nie będzie zachowaniem standardów dziennikarskich jeśli redaktor zatelefonuje raz i się odbije. To nie oznacza, że dał szansę się wypowiedzieć. Podobnie nie załatwia sprawy wysłanie pytań listelem i oczekiwanie, że w ciągu godziny dostanie wyczerpującą odpowiedź.