Uzasadniony interes społeczny wyłącza odpowiedzialność prasy za naruszenie dóbr osobistych

Było już sporo o prasie i prawie prasowym, także w kontekście naruszenia dóbr osobistych — czas na kilka zdań o tym jak ma się krytyczne pisanie o zdarzeniach prawdziwych — a to przez pryzmat tego czym jest uzasadniony interes społeczny (wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z 21 maja 2014 r., sygn. akt V ACa 237/14).

Za działanie w imię uzasadnionego interesu społecznego należy uznać rozpowszechnianie w prasie prawdziwych informacji o pojedynczych faktach lub powtarzających się zdarzeniach, które dotykają lub mogą dotyczyć bliżej nieoznaczonej grupy ludzi względnie całego społeczeństwa i z punktu widzenia tej grupy lub całego społeczeństwa zasługują na poparcie lub krytykę.

Sprawy miały się następująco: lokalny radny pozwał dziennikarza lokalnego pisma zarzucając mu naruszenie dóbr osobistych — czci, godności i dobrego imienia — poprzez publikację artykułu, w którym radny został opisany jako osoba nieuczciwa i niegodna zaufania (pożyczył od kogoś pieniądze i nie oddał).
Pozwany bronił się wskazując, że przygotowując materiał prasowy zachował staranność i rzetelność przy zbieraniu informacji, a osoba, która przekazała informacje wzięła odpowiedzialność za treść wypowiedzi. Przy czym informacje te nie były weryfikowane przez dziennikarzy u radnego — tekst opierał się wyłącznie na słowach pożyczkodawcy, który nie mógł odzyskać pieniędzy.

Sądy obu instancji oddaliły roszczenia powoda. Przede wszystkim okazało się, że rzeczywiście pożyczył łącznie 80 tys. złotych, a oddał połowę — w zwrocie reszty przeszkodziła mu trudna sytuacja rodzinna i finansowa. Sąd przyjął też, że prawo prasowe nie nakłada na dziennikarza obowiązku kontaktu z opisywaną osobą — zaś radny powinien był wystąpić ze sprostowaniem, czego nie zrobił. Zdaniem Sądu II instancji owszem, doszło do naruszenia dóbr osobistych, ale nie miało ono charakteru bezprawnego — opowieść o radnym, który pożycza pieniądze od niezamożnej kobiety zatrudnionej przy obieraniu cebuli i sprzątaniu domów (!) i ich nie oddaje, była prawdziwa. Ba, okazało się, że o zaciągniętych pożyczkach żona radnego dowiedziała się dopiero z gazety, zaś w treści pozwu powód po prostu zaprzeczył (skłamał), iżby takie pożyczki zaciągał… W uzasadnieniu wprost mówi się o labilności zeznań powoda, a przecież nie ma nic gorszego jak brak konsekwencji.

Słowem: dziennikarze pisali prawdę, radny kłamał — kłamał w sprawie pożyczki, kłamał w pozwie; a tymczasem:

Okolicznością wyłączającą bezprawność w przypadku publikacji prasowych jest prawdziwość twierdzeń co do faktów i działanie w uzasadnionym interesie społecznym

Stąd też prawdziwość opowieści o radnym, który namawia niezamożne osoby na zadłużanie się, po to, by pożyczały mu te pieniądze — ryzykując utratę wszystkiego — jest działaniem podjętym przez prasę w obronie uzasadnionego interesu społecznego.

Niezależnie zatem od tego czy art. 12 ust. 1 prawa prasowego nakłada na prasę obowiązek zachowania szczególnej staranności, polegający w szczególności na sprawdzeniu prawdziwości rozpowszechnianych informacji — zaś zacytowanie przez dziennikarza cudzej wypowiedzi nie zwalnia go z odpowiedzialności za te słowa — to jednak wskutek tego wszystkiego nie doszło do naruszenia dóbr osobistych powoda.

  • b52t

    Sąd uznał, że pisanie o prawdzie nie jest kłamstwem, ale prawda może naruszać dobra osobiste. Pojawia się proste pytanie: jak napisanie prawdy narusza dobra osobiste? To, że „rzeczona publikacja odbiła się szerokim echem w lokalnym środowisku i nie było żadnych wątpliwości, że jej bohaterem jest powód, a jego działanie zostało negatywnie odebrane przez opinię publiczną, czego doświadczył sam powód oraz jego rodzina, tj. żona i córka”, jakoś, w mojej ocenie nie daje podstaw do wysunięcia tezy, że naruszyło to jego „dobre imię”. Opisano działania prywatne, które mają przełożenie na działania publiczne; może i publicznie idzie mu lepiej dotrzymywanie obietnic niż w życiu osobistym, ale, no właśnie, skoro dziennikarz mógł napisać, żeby przestrzec ludzi, to nijak tu widzę naruszenie dóbr osobistych w postaci dobrego imienia. To już prędzej wewnętrzna sprzeczność sądu II instancji (i to pomimo rozróżnienia prawa prasowego od K.c.).

  • Proto

    Wyobraź sobie, że masz małego członka. Tyci, tyci.
    Wie o tym Twoja żona, wie kochanka. Ale nie wie sąsiadka.

    Gdyby któraś z nich (żona lub kochanka) powiedziała to w telewizji, to powiedziałaby prawdę, czyż nie?
    Ale jednocześnie, naruszyłaby Twoje dobra osobiste, bo przecież nie każda prawda musi być publiczna.

    A przecież nie chciałbyś, by sąsiadki patrzyły na Ciebie jak na ćwierćmężczyznę.

    Odpowiadając więc na Twoje pytanie – tak, można naruszyć dobra osobiste pisząc/mówiąc prawdę.

  • b52t

    Jak to się ma to ten konkretnej sprawy? Poza tym, wyraźnie wskazałem na związek między życiem prywatnym i zawodowym. To co w majtkach, to co pod kołdrą (o ile to nie jest jawnie sprzeczne z głoszonymi ideami [piejący o wartościach rodzinny, ma tabuny kochanek na boku] czy wręcz łamaniem prawa), nie ma żadnego znaczenia i tutaj widzę naruszenie dobrego imienia nawet, gdy jest to fakt.

  • Borek

    I dobrze że widzisz, słusznie widzisz i sąd też to widzi. Problemem jest to, czy i kiedy naruszenie dobrego imienia jest usprawiedliwione – np. wtedy, gdy to dobre imię jest fałszywe, bo prawdziwe jest złe. Np. w sytuacji, gdy ktoś cieszący się społecznym zaufaniem (polityk) pożycza coś od kogoś i nie oddaje najwyraźniej nie zasługuje na to zaufanie, warto zatem aby wyborcy o tym wiedzieli.

  • b52t

    Problemem jest oczywiście ta cienka i ocenna sfera prywatna osoby publicznej. Kiedy działaczowi publicznemu można wchodzić do życia prywatnego? Na ile skóra takich osób musi być „grubsza”? Czy pożyczanie i nie oddawanie to sfera prywatna, której naruszenie może zostać zaakceptowane? Czy nawet podany przeze mnie przykład piejącego o wartościach rodzinnych, pokazującego się publicznie z żoną, a poza sferą publiczną mającego kochanki czy chadzającego/chadzającej (tak w ramach równouprawnienia) do mieszkań z czerwonymi sercami w oknach, można upubliczniać, w interesie publicznym? To zawsze będzie podlegać ocenie. Jednak, dla mnie, gdy owe „dobre imię” było oparte o działanie pod publikę, pod kamery i aparaty, żeby uzyskać ten fałszywy wizerunek, a zatem fałszywe dobre imię, to nie można mówić o naruszeniu godności w postaci dobrego imienia.

  • Proto

    Nawet osoba publiczna ma prawo mieć prywatne długi i nikomu nic do tego.

  • b52t

    Wiesz, i tak i nie. Rozumiem to, ale taka informacja coś mówi o polityku, o tym jak, nie licząc wypadków losowych, zarządza swoimi pieniędzmi. Jeśli ma długi, to można mieć obawy, że działania nie zawsze będą oparte o czyste przesłanki.

  • poza tym, to może być polityk który grzmi przeciwko lichwie – wtedy informacja o tym że się zapożyczył u lichwiarzy może być istotna. Bo albo jego działalność publiczna jest powodowana osobistymi urazami albo jest hipokrytą.

  • Proto

    Ta informacja mówi tylko tyle, że jest winien pieniądze.

    Jak 20 milionów Polaków, w pocie czoła spłacających swoje mieszkania.

  • Borek

    Proto – ale posiadanie długów nie jest problemem. Problemem jest ich niespłacanie, taki niespłacony dług różni się od kradzieży tylko tym, że wierzyciel bez przymusu i z własnej woli oddaje (fizycznie) pieniądze dłużnikowi w wierze, że je niebawem odzyska. Jeśli ta wiara zostaje zachwiana, nic nie stoi na przeszkodzie aby swoimi wątpliwościami pochwalić się publicznie.

  • Ma prawo mieć zobowiązania, ale nie zwracać długów wolno jej dokładnie tak samo jak mnie lub Tobie — nie wolno :)

  • Proto

    Jak rozumiem, jeśli na przykład zacznę powątpiewać w Twoją orientację seksualną, to mogę tę wątpliwość wyrazić publicznie?

    A może jednak dziennikarz powinien pozyskać informacje od obu stron sporu, zanim opublikuje materiał.
    Tak, żeby obsmarowany mógł się odnieść, przedstawić własną wersję wydarzeń.

    Nie żebym się domagał rzetelności od pismaka. Tak mi się zamarzyło.

  • Proto

    Jak rozumiem pijesz teraz do Urzędu Skarbowego, który nie chce oddać 1,7 mliona złotych nadpłaconego podatku VAT, bo uważa, że nie musi?

    Oczywiście, że można rozgłosić wszem i wobec, że ktoś jest winien komuś pieniądze. Powstaje jednak pytanie, na ile taka presja pomaga w spłacaniu zobowiązań. Moim zdaniem nie pomaga wcale. Ewentualnie kieruje dłużników w stronę providentów i skazuje na jeszcze gorsze przeżycia.

  • b52t

    Matko bosko andaluzyjsko, mowa jest w tym przypadku, i jak dla mnie w ogóle, o osobach, którym udało się siebie postawić na świecznik społeczny (lokalny w tym konkretnym przypadku), oni i tak mają obowiązek spowiadać się z tego co mają. To tak jakby robić aferę z tego, że gazety po publikacji oświadczeń majątkowych radnych i innych lokalnie namaszczonych złamały prawo, bo napisałyby, że ten lub ta ma to czy tamto, długi taki albo inne.

  • b52t

    Gubi Pan wątek tego, że mowa jest (1) o osobach publicznych (2) możliwym związku między działaniami ze sfery prywatnej na działania publiczne. Nie musimy ufać komuś kto nie reguluje swoich zobowiązań, ale orientacja seksualna (o ile nie jest pedofilem czy zoofilem, względnie nerkofilem) nie ma znaczenia dla działań publicznych.
    A w tym konkretnym przypadku, gdy idzie o przedstawienie rzeczywistości owa osoba publiczna wykazała się swoją prawdomównością podając w treści pisma fakty, które zostały jednoznacznie zrewidowane przez sąd – jak zatem oczekiwać można, że dziennikarzowi powiedziałby coś innego. Oczywiście, inna sprawa, że zapytać mógł dla przyzwoitości i dowiedzenia się u źródła.

  • Jeszcze raz przeczytaj jaka tu była sytuacja (jeszcze lepiej w wyroku): facet ze świecznika pożycza kasę od ubogiej kobieciny, później ją olewa. Czegoś jeszcze trzeba?

  • Proto

    A jeśli biedna kobiecina pożyczy i nie odda to też można o niej napisać?

    Czy może jednak gazeta nie napisze o biednej kobiecinie, bo to nie wpłynie na sprzedaż więc sie nie opłaca?

    A skoro to drugie, to może jednak naruszenie jest nie ze względu na interes społeczny a zwiększenie nakładu czyli interes wydawcy?

  • Proto

    Zgadza się. Mają obowiązek spowiadać się z tego co mają i co są winni.

    I każdy kto ma interes o tym wiedzieć, sobie zajrzy.

    Moja wątpliwość dotyczy kwestii na ile publikacja w gazecie jest interesem wydawcy a nie publicznym.

  • Można na to patrzeć na to i w ten sposób, ale zapewniam Cię, że tu akurat wszystko jest prawidłowo — niezależnie od motywacji kierującej prasą (ja zawsze chcę wierzyć, że chodzi o informację) rzecz rozbiła się o to, że nieuczciwy radny żerował na bidnej kobiecinie. Myślę, że lokalna społeczność ma prawo wiedzieć jakich ma radnych (nie tylko tamta ;-)

  • Proto

    Pożyczka na 80 tysi bez umowy, bez wiedzy żony.
    Może prasa powinna się zainteresować tą biedną kobieciną… kto wie ile jeszcze osób od niej pożyczyło.

    Niezależnie od motywacji, ten styk interesu publicznego z interesem wydawcy po prostu śmierdzi