Premier i prezydent z jednego przyszli domu — naturalny wynik wyborów czy niedopuszczalna koncentracja władzy?

Zamiast komentarza powyborczego (na który nie chce mi się silić): zwróciłem uwagę na komentarze prasowe, w których mówi się o ryzyku wynikającym z tego, że obecnie PiS będzie miał swojego prezydenta i swojego premiera. Czyli chodzi o tę magiczną koncentrację władzy — która może i zawsze jest zła — ale sam już nie wiem: czy teraz jest zła właśnie dlatego, że koncentrować będzie ją Prawo i Sprawiedliwość? (Dykteryjki o prezesie Kaczyńskim pociągającym za sznurki spoza sceny — „aksamitny zamach stanu” — odkładam tam gdzie ich miejsce.)

Na początek troszkę prawa: to prawda, że uzyskanie większości w parlamencie ma dość wymierny rezultat polityczny. Można sobie wybrać marszałka Izby Poselskiej, ustalić skład komisji (to te najprostsze formy wpływu na proces legislacyjny); można sobie uchwalić ustawę jaką się chce (mniej martwiąc się Senatem lub prezydentem). Można powołać lub zmienić premiera.
Wszystko jest jeszcze łatwiejsze, jeśli jest wsparcie głowy państwa — prezydent ustawę podpisze, nie odeśle jej do Trybunału Konstytucyjnego. Łatwiej jest prezydentowi, który generalnie nie musi niczego wetować (bo mu parlament nie podeśle nie takiej ustawy — przypominam, że Aleksander Kwaśniewski łącznie zawetował bodajże 10 ustaw przez 10 lat; moim zdaniem to oznacza abdykację z urzędu, ale ludzie mówią, że to dobry prezydent był).

Natomiast troszkę rozśmiesza mnie obecne darcie szat: że oto coś nam grozi dlatego, że prezydent Duda (ex-PiS) będzie współpracował z premierką Szydło (z PiS). Ja bardzo przepraszam, ale bardzo podobny schemat mieliśmy przez ostatnie 5 lat — premier z PO (fakt, że stojący na czele koalicyjnego rządu, to jedyna różnica) miał po drugiej stronie prezydenta z PO. Czy ktoś wówczas mówił o niedopuszczalnej koncentracji władzy?
Czy zatem ocena sytuacji — co nam grozi jeśli premier i prezydent z jednej partii są — powinna wynikać wyłącznie z tego kto władzę koncentruje?!

Złośliwie jeszcze raz przypomnę: przez 3 lata kadencji Lecha Kaczyńskiego premier Tusk (momentami jeszcze nawiązujący do swego łże-liberalnego programu — nadal mu pamiętam obietnice likwidacji belkowizny, opowieści o abonamencie RTV, o obniżaniu podatków) mówił, że nic nie może, bo ma przeciwko sobie prezydenta. Czyli właśnie koncentracja władzy miała dać możliwość rozwinięcia skrzydeł; na ile się to zdało zobaczyliśmy po 2010 r., kiedy w pałacu zasiadł Bronisław Komorowski…

Koncentracja władzy to faktycznie fatalna sprawa, ale nie z przyczyn, o których teraz się mówi. Dla mnie realna koncentracja rządów to rozumiana na dzisiejszy sposób idea trójpodziału władzy — czyli podziału na legislatywę, egzekutywę i sądownictwo (które nie do końca są trójpodziałem, ale o tym innym razem) — nie zaś „rozdziału egzekutywy” pomiędzy premierem i prezydentem.
Konstytucja co do zasady zakłada bardziej współpracę premiera z prezydentem niż konkurencję (chociaż fakt, że można długo deliberować czy kontrasygnata jest bardziej wyznacznikiem współpracy czy jednak kontroli i hamowania..) — natomiast nie da się ukryć, że mechanizmy hamujące widać w relacjach prezydenta z parlamentem (i tu jest niefart związany z tym, że premier ma za bliskie związki z ustawodawcą — to jest największa bolączka naszego modelu trójpodziału władzy).

Stąd też osobiście — mimo całej mojej nieskrywanej niechęci do PiS — akurat nie zamierzam lamentować nad tym, że dwa razy w odrębnych wyborach ludzie wybrali tak jak wybrali. Wybrali jak chcieli, a skoro mamy demokrację, to nie można się obrażać na wynik wyborów…
…a jeśli już to proponuję monarchię (konstytucyjną, parlamentarną) — tam przynajmniej nie ma dyskusji o powołaniu głowy państwa, no chyba że ustrojodawca zaczyna coś kombinować z zasadami następstwa tronu…