Sicario — recenzja filmu, który nie ma happy-endu

Jeśli chodzi o film „Sicario” to mam mieszane uczucia, na tyle mieszane, że nawet nie byłem pewien czy pojawi się tutaj recenzja. Po niedłuższym namyśle przyszło mi do głowy, że jednak warto: nawet jeśli nie ze względu na obsadę (Benicio del Toro ma u mnie nadal plusa za swój prawie-debiutancki udział w „Licence to Kill”), nawet jeśli nie ze względu na grę aktorską (która jakoś mną nie zawładnęła), nawet jeśli nie ze względu na klimat (na pewno nie jest to pod tym względem „Marsylski łącznik”) — to ze względu na niesztampowy finał.


Sicario recenzja filmu

La fuerza militar del Estado Mexicano en Michoacán, principal participante en la Guerra contra el Narcotráfico — czyli na pewno ani migawka, ani plan filmowy (fot. Diego Fernández / vendida con „copyright compartido” a la Agencia de Fotografía AP México // Wikipedia)


Finał bez happy endu, bo niby wszystko się udaje, paru złych gości ginie, nikomu z „naszych” nie dzieje się krzywda — ale jednak okazuje się, że to wszystko poszło nie tak: są gorsi od tych złych, a nawet ci dobrzy potrafią realizować całkiem brutalne projekty w interesie rzekomego spokoju i wyczyszczenia (ezopowa mowa stąd, że nie chcę psuć Wam przyjemności oglądania).

Wcale nie na marginesie: po obejrzeniu filmu Sicario od razu przyszła mi do głowy ogłoszona przez Nixona (a podsycona przez G. Busha I) War on Drugs — pierwsza faza projektu ograniczania swobód obywatelskich „przy okazji” rozwiązywania jakiegoś problemu (drugą jest oczywiście War on Terror). Czyli operacji, wskutek której wydaje się mnóstwo pieniędzy na zwalczanie zjawiska, którego zwalczyć się nie da — mało tego: im intensywniej je zwalczamy, tym mocniej ono wraca (przy okazji giną setki, tysiące ludzi).
No i z filmu wychodzi, że może się okazać, że równocześnie załatwia się jakieś dodatkowe interesy (daleki jestem od teorii spiskowych, niemniej zgrabnie narysowana przez Denisa Villeneuve opowieść wygląda na prawdopodobną).
(A jeśli ktoś nie wierzy, proszę sobie wyobrazić, że od jutra zakazany jest chleb — i zaczynamy walczyć z żytem i pszenicą, burzyć młyny i piekarnie, etc.)

I jeszcze ciekawostka: w kinie (DCF, najfajniejsze kino we Wrocławiu — seans na 20:30 oznacza, że film startuje 20:35) byłem m.in. ze śwagierką, która przyjechała w odwiedziny z Meksyku (gdzie mieszka od kilku lat). I mówi, że nawet w jej Tulum policmajstry też tak jeżdżą ;-)