„Hair” w Teatrze Capitol — recenzja w rytmie rocka

Kolejne wyjście do wrocławskiego Teatru Capitol przekonało mnie do istnienia dwóch prawidłowości: po pierwsze przygody z tym teatrem lepiej nie zaczynać od tej mniejszej (o ile ktoś nie jest przygotowany na wszystko), a po drugie nawet na dużej mogą dziać się rzeczy szokujące.

Musical „Hair” na scenie Capitolu — ja pierniczę, stuknęło mu już prawie 50 lat! — to solidna propozycja rozrywki, która przy okazji nakłania widza do pewnych przemyśleń (pacyfizm, sposób patrzenia na pojęcie wolności z lat 60-tych — to wszystko dziś wygląda zdecydowanie inaczej).


Hair Teatr Capitol recenzja

To nie jest jakaś szczególna scena dla „Hair”, ale na wielu widzach zrobiła prawdziwe wrażenie (fot. Krzysztof Wiktor / Teatr Capitol)


O grze aktorskiej, muzyce, realizacji, etc. na pewno można poczytać wiele w sieci, i to u znacznie lepszych ekspertów ode mnie — natomiast nie byłbym sobą gdybym nie odniósł się do „Hair” w sposób lekko odczapny.

Oto Living Colour — jedna z najgenialnieszych ale najmniej docenionych kapel rockowych — w opracowaniu utworu „Crosstown Traffic” z repertuaru Jimiego Hendrixa (który kawałek ten też skomponował).



Ze swojej strony mogę P.T. Czytelnikom „Hair” ze szczerego serca polecić — zwłaszcza, że dziś setne wystawienie na scenie Capitolu — czyli wczoraj było 99 (i ja tam byłem, i nieźle się ubawiłem).

  • Miro

    Nie sądziłem, że możesz słuchać Living Colour.

  • A czemu nie? Jako śląski Litwin (albo litewski Ślązak) nie mogę słuchać Living Colour? ;-)

    Ba, robię nawet gorsze rzeczy — słucham też Bad Brains, The Roots i Parliament (i Coltrane też).