„The Big Short” — recenzja rozczarowana

Jeśli przeczytaliście recenzję „The Big Short” opublikowaną w serwisie film.gazeta.pl („Od razu 1 stycznia dostajemy coś tak wspaniałego, że bardzo możliwe, iż w całym 2016 r. nie zobaczymy w kinie już nic lepszego”) to zaczynam się zastanawiać: czy mimo tych wszystkich życzeń-zaklęć rok bieżący ma być tak fatalny? Czy to znów casus „Hiszpanki„, która nikogo tak nie zachwyciła, jak recenzentów z Agory?


big short recenzja

„The Big Shot” to film do bólu poprawny. Niestety, nie będzie po nim ani bólu od pękniętych ze śmiechu zajadów, ani bólu głowy (od wysiłku umysłowego).


Mniejsza z tym. Byłem, widziałem… nie, nie napiszę, że ziewnąłem, ale przykro, że nastawiłem się na jakąś brawurową opowieść — film po prostu zawiódł.

Ujmę to tak: miały być „sensacyjne kulisy wydarzeń” (opis dystrybutora) prowadzących do kryzysu finansowego 2008 roku — i faktycznie coś tam się przewija, ale konia z rzędem temu, kto od razu pojmie czy tym facetom się właściwie udało czy nie (bo że mieli rację widzimy od pierwszego taktu). Całkiem ładnie wyjaśniono na czym polegało ryzyko „inwestowania” w subprimes (a właściwie prymitywnego naciągania) — ale coś mi mówi, że tłumaczenie wszystkiego tylko i wyłącznie chciwością bankierów to zwykłe uproszczenie tematu. (Twórcy filmu pominęli ciekawy wątek interwencji rządu, który poprzez Fannie Mae i Freddie Mac — w socjalistycznym duchu zapragnął realizować całkiem kapitalistyczne hasło „bogaćcie się!„).

[dodano po namyśle] Są natomiast dwie sceny publicystyczne, które były dość ciekawe — i należałoby je zweryfikować, bo jeśli film ma mieć warstwę publicystyczną, to niech warstwa fabularna powinna być oddzielona od publicystyki:

  • rynek zaczyna trzeszczeć, ale nie spadają ratingi tych CDO, więc finansiści grający na krach idą bodajże do S&P i robią awanturę — pracownica agencji ratingowej przyznaje, że dają dobre oceny, bo w przeciwnym razie bank pójdzie do konkurencji (przynajmniej trzeźwo zarzuca swoim gościom konflikt interesów — tak, wyczuwa, że im osobiście zależy na niskich ratingach, bo wreszcie zaczną zarabiać na grze na spadki);
  • indagowany o publikację tekstu, w którym ujawniałby spisek dziennikarz WSJ odpowiada, że tematu oszustw nie ruszy, bo jest niedorzeczny, a w dodatku banki i tak wiedzą co robią;
  • no to ja się pytam: czy to miało miejsce, czy fabuła wymagała takich kombinacji?

W „The Big Short” to wszystko jest pokazane po prostu połebkowo: jakiś zwariowany pracownik funduszu inwestycyjnego (który definicyjnie nie mógł budzić niczyjego zaufania, niezła rola Christiana Bale) wylicza, że sprawa musi się rypnąć (tj. że stabilny rynek hipoteczny jest po prostu bańką). Pod taki (niemożliwy) scenariusz zaczyna grać pieniędzmi klientów, podobne przeczucia ma jeszcze kilka innych zespołów finansistów.
A później jest kolaps — zarówno w systemie bankowym, jak i w filmie. No niestety, ja mam wrażenie, że producentom kończyła się taśma, więc być może sensowny scenariusz został w ostatnich 30 minutach skondensowany do paru haseł.

A skoro to recenzja filmu, to może dałoby się coś chociaż powiedzieć o warstwie wizualnej, aktorskiej… Niestety, od tej strony „The Big Short” też mnie nie zachwycił.

Słowem: jak ktoś lubi takie klimaty — ni to publicystyka, ni to teorie spiskowe — to można pójść, ale chyba wybrałbym dzień, w którym są tańsze bilety. W przeciwnym razie miałbym wrażenie, że na kryzysie nadal ktoś się obławia…

PS w meczu teatr-kino wynik 1:1.

  • b52t

    Kuraki lubię takie klimaty i widząc zwiastun w kinie powiedziałem: idę. A tu taka recka. Ni nie dobrze. A temat mnie interesuje.

    A RedNacz był na „Chciwość” (www.imdb.com/title/tt1615147/)?

    No cóż, zobaczę, na star wars, jednak nie pójdę, więc może na to, bo na H8ful 8, z pewnością.

  • Ja może dodam (pomyślałem o tym dziś rano, na mroźnym spacerze z psinką), że to nie jest tak, że film jest słaby. Jest niezły — ale słabe są MOIM ZDANIEM recenzje, które wprowadzają w błąd. Idąc tam myślałem, że to jakieś „Trzy dni Kondora”…

    Tak, byłem na „Chciwości” — może i jest tak, że to co starsze wydaje się lepsze, ale po prostu „The Big Short” aż tak mi się nie podobał („Chciwość” lepsza, jest jakieś napięcie — w tym filmie napięcia praktycznie nie czułem w ogóle).

  • b52t

    A to co innego.
    Mam taki zły nawyk, że nie czytam o filmach czy spektaklach (choć na te chodzę zdecydowanie za rzadko), ba nawet płyt, które kupuję nie chcę wiedzieć o nich sądzą inni. Wolę czystą kartę i wyrabiać sobie swoją opinię, a dopiero potem przeczytam co inni na to czy owo inni.

  • b52t

    Tak swoją drogą, to nie czytając recenzji, ale patrząc na oceny a imdb i rottentomatoes, wychodzi, że film jest naprawdę dobry (nie genialny, ale 7,8/10 i 8,1/10 od ponad 14k widzów, to więcej niż dobrze). Ale dobrze, że jest i takie zdanie, które wychładza ten superoptymizm.

  • maho

    jakbym tak zrobił to bym poszedł na Hiszpankę

  • Hiszpanka miała przynajmniej jedną recenzję wychwalającą ją pod niebiosa ;o)

    I też nie pójdę na film jeśli czegoś o nim nie przeczytam. Sam opis i plakat zwykle niewiele mówią.

  • b52t

    Nie chodzę aż tak namiętnie do kina. A hasło Polska super produkcja (bo zdaje się tak było to sprzedawane) akurat kojarzę odpowiednio i z zasady unikam.
    Z resztą, recka powie tyle co, ktoś widział i o tym sądzi, moje zdanie może być inne.
    Ostatnio byłem na Rock the Kasbah (z Murrayem, co był powodem dlaczego poszedłem na ten film). Po powrocie przeczytałem, że to jakiś gniot, który do tego wtopił pieniądze, a ja z moją piękniejszą połową nie uważaliśmy, że straciłem czas.

  • Sawczuk
  • b52t

    Nie chciałbym zabrzmieć nie miło, ale ta recenzja(?) też nie jest wysokich lotów.

  • Jak się film nie podoba to i trudno coś napisać ;-) chyba że jest kompletny szok… ;o)

  • b52t

    Można i tak. ;)

  • b52t

    Wczoraj sobie obaczyłem. I mam mieszane uczucia, bo i owszem, jest kwestia tego, że z jednej strony były chciwe banki, które napędzały sprzedaż, byli też łykający jak pelikany konsumenci. Ciocie Fannie i Fredie były wspomniane, ale bez słowa, a tylko poprzez krótki najazd na papiery ich nazwą.
    Co do samej konstrukcji – niby pomstują na popkulturową „jebankę mózgową”, ale sami zastosowali, no właśnie, pastiż? Krótkie ujęcia, wstawki z wytłumaczeniami znanych (?) osób (tylko Bourdaina znam, pannę Gomez kojarzę z jakiś plakatów). Zabawy z czwartą ścianą, momentami para dokumentalny charakter. Mając punktować dałbym 7, może 7,5/10. Nie były to zmarnowane dwie godziny, ale rewelacji też nie bma. Moim zdaniem „Margin Call” był o wiele lepszy.

  • Maniera czy manieryzm to kwestia koncepcji reżysera, mi po prostu brakowało jakiegoś podsumowania.

    Pewnie byłoby inaczej gdyby scenariusz dali Tarantiniemu ;-)

  • b52t

    To fakt. Nie było podsumowania. Były napisy i pseudo zgorzknienie.

  • b52t

    Odnośnie scen publicystycznych:
    – S&P, MS i ta trzecia – im wykazano, że raiting był powiązany i zależał o tego czy podmiot był ich klientem czy nie. Tak więc, nawet jeśli jest to jakieś naciągnięcie fabuły, bo w filmie opartych na faktach, ten konkretny nie wystąpił, to już sam fakt „kupowania” raitingu jest faktem.
    – scena w WSJ (?) – nie trafiłem na taką informację, która by to potwierdzała. Natomiast – i tutaj odsyłam do książki K.I.S.S., napisanej przez polskiego dziennikarza ekonomicznego – gazety mają swoje interesów, które mimo „muru chińskiego” wysławianego przez niektórych, nie zawsze jest tak wytrzymują naporu. Innymi słowy: interesy reklamodawców, szczególnie w światku giełdowym, mogą z lekka ustępować odkrywanym aferom. Co, jak podkreślę, nie musiało mieć miejsca w przypadku tego filmu.

  • b52t

    To na poparcie:

    en.wikipedia.org/wiki/Credit_rating_agencies_and_the_subprime_crisis

  • b52t
  • Płacili, płacą, będą płacić :)

  • b52t

    Dokładnie, i tylko urobienie leszczy się liczy.