Suwerenność państwowa (a debata o praworządności)

Tak mnie naszło pod wpływem informacji o europarlamentarnej debacie poświęconej praworządności w Polsce (sama w sobie debata niespecjalnie mnie zainteresowała, aczkolwiek ciekaw jestem czy padł tam wyraz suwerenność?) oraz informacji o liście jaki urzędujący minister sprawiedliwości wysłał do Komisji Europejskiej („Polska jest suwerennym krajem, proszę na przyszłość o zachowanie powściągliwości w pouczaniu”) — czym właściwie jest owa suwerenność państwowa, albo inaczej: czy aby suwerenność nie jest tylko efemeryczną modą, która przyszła niedawno nie wiadomo skąd?

Pomijając nawet smętne lata 1939-89, kiedy Polska albo nie była niepodległa i suwerenna, albo przy formalnej niepodległości państwowej brakowało suwerenności (i tu znów można rozróżniać lata 1939-44, 1944-56 oraz 1956-89) — nawet jeśli komuś się wydaje, że suwerenność państwowa jest czymś tak oczywistym jak prawo naturalne (to kolejny, zapomniany już, wytrych, który kilkanaście lat temu „chodził” w sporze politycznym) — to jednak nawet pobieżna analiza tematu dowiedzie, że wcale tak nie jest, a na pewno nie było.

Słowem: współczesne postrzeganie pojęcia suwerenność państwowa nijak ma się do historycznego patrzenia na świat, na władzę, na kompetencje władcy.

Nie będę udawał, że mam tę tematykę rozebraną na tyle dobrze, żeby strzelić wykład, ale na polemiczny felieton na pewno argumentów mi starczy. Popatrzcie sami:

  • rozgorzały między cesarzem a papiestwem spór o inwestyturę — czy monarcha ma mieć decydujący wpływ na obsadę tronu papieskiego — był przecież sporem o suwerenność: czy cesarz podlega papieżowi? czy donacja Konstantyna powinna być rozumiana jako zwierzchnictwo papieża nad cesarzem i innymi monarchami europejskimi? z tej afery akurat papież wyszedł górą: po Canossie było jasne kto rządzi w świecie chrześcijańskim;
  • Canossa tylko usankcjonowała wcześniejszy zwyczaj: przypominam, że Bolesław Chrobry nie mógł ot tak po prostu zamówić u złotnika korony i włożyć jej sobie na głowę — na koronowanie polskiego króla musiał wyrazić zgodę papież. To przecież nie oznacza niczego innego jak braku suwerenności (nota bene czasem zdarza się widzieć argument, że chrzest Polan w 966 roku, to kres suwerenności tych ziem);
  • późniejsza historia Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego także dowodzi, że pojęcie suwerenności oznaczało coś zupełnie innego — suwerenem mógł być co najwyżej monarcha, acz nawet ze Złotej Bulli wynikało, że elektorzy mają tyle suwerenności, ile dał im cesarz (ten zaś nadal musiał patrzeć na papieża). Pokój westfalski zmienił nieco reguły, czasem nawet mówi się, że dał początek nowoczesnemu prawu międzynarodowemu (i podbudowę pod pojęcie współczesnej suwerenności — nadal jednak była to suwerenność księcia, który mógł decydować o wierze swoich poddanych);
  • ciutkę inaczej poszło to w Anglii, gdzie tradycyjnie suwerenny jest parlament;
  • jeszcze 200 lat temu, na Kongresie Wiedeńskim, nie mówiono o suwerenności państwowej — lecz o nadaniu trzem cesarzom kompetencji w zakresie utrzymywania status quo (czy P.T. Czytelnikom niczego to nie przypomina?);
  • no i dopiero przewijając kolejne sto lat naprzód dochodzimy do Wilsona, 1918 r., Wersalu, etc. — ale i do Ligii Narodów.

Q.E.D.