Zimą na rowerze — czyli jak przygotować się na jazdę w mrozie (i nie oszaleć)

Nadarzyła się — we Wrocławiu! — nie lada okazja, by pomądrzyć się na temat, którego od paru lat nie miałbym szansy ruszyć — spadł śnieg, zatem pytanie jak żyć? przepoczwarza się w dylemat: jak wytrzymać zimą na rowerze?


zima na rowerze

Wiele osób uważa, że zima to martwy sezon dla rowerów. I chociaż nie powinno rozważać się dodania cyklizmu do programu igrzysk zimowych, to jednak nie oznacza to, że rowerem nie da się jeździć zimą. (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Wiem (ze słyszenia), że wiele osób uważa, że rower zimą to wyzwanie nie lada (wręcz totalny survival albo nawet walka o życie) — wiem też, że wokół zimowego cyklizmu narosło parę mitów — jednak wiem też, że diabeł nie jest taki straszny jak go malują, o czym postaram się przekonać (w punktach):

  • podstawowa sprawa: jak jest zima to musi być zimno, ale z drugiej strony nie ma zimnych dni, są tylko niewłaściwe ciuchy. Na rowerze, podobnie jak przy każdej innej aktywności na świeżym powietrzu — trzeba się ubrać ciepło, ale nie za ciepło (akuratnie);
  • dla mnie oznacza to (na górę): koszulkę termiczną, na którą idzie polarkowa bluza, na którą idzie stareńki windstopper (a na to kamizela z hipermarketu jako ochrona przed błotem); w wyjątkowy ziąb dokładam jeszcze jedną koszulkę termiczną, a kurtkę biorę taką z kapturem;
  • na dół: kalesonolegginsy, na które zakładam portki Endura MT500 Spray Baggy 3/4, które są ciepłe i dobrze chronią przed bryzgami wody i błota (w cieplejsze lub suche dni całkowicie wystarczają szorty Endura Humvee);
  • na łeb: jakaś czapeczka typu beanie, a jeśli jest naprawdę zimno — czapka TNF z nausznikami uszytymi z windstoppera);

zima na rowerze

Młodzi mówią „selfie” (?) — ja mówię bikie. Przytomnie zdjąłem czapkę, bo wyglądam w niej niekorzystnie. (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


  • poza tym: dość grube skarpety (ale nie bardzo grube, bo mogą ograniczać przepływ krwi), na szyję jakiś szal lub polarkowy komin, na dłonie 2 pary rękawic (lekkie polarkowe, na które zakładam grubaśne rękawice Marmot). Buty to jedne z najtańszych turystyków popularnej francuskiej marki (na zimę zdejmuję pedały-kliki, bo mi ich szkoda);
  • taka odzież pozwala mi całkowicie spokojnie przebyć rowerem trasę 12,5 km przy temperaturze ok. -13 st. (testowane 4 stycznia rano). Poprzednia solidna zima zdarzyła się bodajże 4 lata temu (?), wówczas rankami termometr spadał do dobrych -18 st., ja zaś dawałem radę przejechać ok. 5,5 km (cierpiały dłonie, ale 3 par rękawiczek nie założę — też dlatego, że brakowało będzie chwytu na kierownicy);
  • druga sprawa to przygotowanie roweru: uwielbiam opony Schwalbe Kojak (i nawet nie zmieniłem ich poprzedniej zimy), jednak w tym roku coś mnie tknęło — zdecydowałem się na Schwalbe Smart Sam w rozmiarze 26×2.25. Ciężkie, pancerne, toczą się jak jakiś PzKpfw VI, ale mają pewną cechę idealną na zimę — grubaśną wkładkę anty-przebiciową (raz zdarzyło mi się zmieniać dętkę przy ok. -8 st., dziękuję, nigdy więcej). Mitem jest, że zimą na rowerze nie da się rady bez opon z kolcami! może gdybym mieszkał w Laponii, ale na pewno nie we Wrocławiu);

zima na rowerze

Zimą na rowerze warto pomyśleć o dobrze trzymających oponach (tutaj Smart Sam 26×2.25) oraz oświetleniu roweru (na zdjęciu Olight S10) (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


  • kto smaruje (łańcuch) ten jedzie — chociaż za najlepszy smar uważam Rohloffa, to jednak zimą preferuję Finish Line Wet (zielony) — paskudnie się lepi, jest dość brudny, ale całkiem nieźle odstrasza wilgoć i rudą. Oczywiście w okolicach marca łańcuch i tak nadaje się do wyrzucenia (aczkolwiek mam ten komfort, że na mojego wielko-miejskiego singla zawsze zakładam jakiś zużyty łańcuch z innego roweru, przeto po dodatkowych 2 tys. kilometrów nie nadawałby się do niczego więcej jak złom);
  • oświetlenie roweru — bo nic tak nie wpienia jak batman na rowerze (często nawet przemykający przez tłum pieszych) — to podstawa, zatem: z tyłu maciupeńka lampeczka na sztycy (niestety jak jest duży mróz, muszę są ściągać, zamarzłaby czekając na mnie te 8 godzin pod pracą, a jej konstrukcja uniemożliwia wygodne zakładanie i zdejmowania zmarzniętymi palcami), większa lampka mocowana do specjalnej pętli przy plecaku. A na przód oczywiście moje odkrycie ostatnich tygodni — Olight S10;
  • i ostatnia chyba sprawa to technika jazdy: dopóki nie jest ślisko, nie ma większych różnic, ale na lodzie czy śniegu warto pamiętać o paru prostych zasadach, które ułatwią życie i zapewnią nieco większe bezpieczeństwo: hamować z wyczuciem, bo można zaliczyć efektowny poślizg (zwłaszcza jak się dysponuje tylko przednim hamulcem); przyspieszać z gracją, bo uślizg tylnego koła jest bardziej niż prawdopodobny (zwłaszcza jeśli dla lepszego depnięcia zdecydujemy się stanąć na pedałach); no i zawsze mieć w gotowości nogę, żeby się raz-dwa podeprzeć.

Ilustrujące tekst zdjęcia udało mi się wykonać wczoraj rano, prawdę mówiąc był to chyba ostatni moment na cyknięcie czegoś z serii „zima na rowerze”, bo piątkowym popołudniem mieliśmy już dobre 5 st. — jak tak dalej pójdzie to za dwa dni śnieg we Wrocławiu pozostanie tylko we wspomnieniach.

  • Borek

    Pozostaje jeszcze jedna kwestia – jak konkretne podzespoły roweru wytrzymują zasolenie polskich dróg? ;)

  • Robal

    Kiedyś jeździłem rowerem po śniegu. Fajnie tylko śnieg koła oblepia. I oczywiście była to zabawa a nie jazda pod tytułem muszę-zdążyć-do-pracy-za-wszelką-cenę-nie-mogę-się-spóźnić.

  • Robal

    Słabo. Dlatego należy jeździć po śniegu a ni po posypanych solą jezdniach czy chodnikach. :)

  • Pomijając, że nie mam wyjścia — nie mam sposobu szybciej i pewniej — dotrzeć do pracy niż rowerem, to na szczęście nigdy nie muszę się aż tak spieszyć :)

  • Adam314

    Patrząc na zdjęcia dziwi mnie brak przedniego błotnika. Zwykła płetwa na ramę powinna znacząco poprawiać komfort.

  • Nie mam serca do błotników. Sporadycznie myślę choćby o przycięciu butelki PET i podkręceniu jej pod ramę. W przypadku tej opony brak błotnika nie boli — bo już Kojak potrafi wyrzucać olbrzymie ilości błota…

  • Ciekawski Dżordż

    Olgierdzie zapomniałeś o ważnej sprawie sprawie: OC w życiu prywatnym. ;-) Przy sumie ubezpieczenia 100 tys. zł koszt ubezpieczenia wynosi ok. 60-70 zł na rok i chroni osoby z jednego gospodarstwa domowego. Może się przydać nie tylko rowerzyście.

  • Właściwie to dotąd drżałem tylko o własne zęby (żeby ich nie wybić przy jakimś lepszym OTB), ale może czas pomyśleć o przyszłości :)

  • b52t

    Jak się stoi na pedałach, a tyłkiem zarzuca (szczególnie, gdy opona zużyta), to jest fun. Hamowanie przednim jest przyjemne, ale trzeba sobie wyrobić ten sam odruch, jak przy prowadzeniu samochodu bez ABS – pulsacyjnie, pulsacyjnie.

  • To są atrakcje dla hard-core-die-hardów — natomiast niniejsza rubryka jest przeznaczona dla ogółu publiczności. Nie mogę napisać, że drifting na rowerze jest cool (w dodatku właściwie nieszkodliwy, bo co najwyżej własne zęby stłukę), bo wezmą mnie za wariata.

  • Borek

    Nieszkodliwy bo „własne zęby stłukę”? Panie kochany, za cenę jednego implantu (z koroną oczywiście) można sobie kupić cały zestaw o którym tu piszesz z rowerem włącznie. :D

  • Fajny wpis. Spokojnie da radę jeździć zimą, tak jak biegać :)
    Sporo km wyrobiłem na rowerze właśnie zimą, gdy przypadała przerwa od biegania.
    U mnie największe wyzwanie to ogrzać dłonie – strasznie mi marzną.

  • Na rowerze jest jeszcze feler, że trzyma się klamki hamulcowe. Tj. ja trzymam, bo widuję rowerzystów, którzy mają to gdzieś.

  • Żuraw

    Jest na to sposób, mało efektowny ale dość skuteczny. Nie za grube rękawiczki z polaru lub wełny, a na to druga para, zwykłe płócienne robocze. Nie ma się w tym prezencji gościa odzianego w firmówki, ale do minus kilku łapy mi nie marzły.

  • maho

    co do odzieży, to trzeba uważać na to żeby nie ubrać się za ciepło. Nie ma nic gorszego niż jak 10 km od domu, przy minus kilku człowiek nagle zaczyna mieć saunę pod kutką a nie bardzo jest jak ochłodzić bez narażenia na zapalenie płuc.

    A co do łańcucha – mojego łańcucha nie czyszczę regularnie ani codziennie nie smaruję (smaruję mniej więcej 2 razy do roku) i jakoś od 2 lat nie odnotowałem potrzeby wymiany, a jeżdżę średnio co 2,3 dzień, również zimą.

  • O tym, że ubrać trzeba się akuratnie, napisałem (dziś np. jechałem w cienkiej koszulce termicznej i windstopperze, z kamizelą). Ale nie życzę nikomu w takim stroju flaka :)

    PS dziś to by się nawet opony z kolcami przydały…

  • maho

    Przy czym akuratność niejedno ma imie. Mnie zajęło 2 lata zanim doszedłem do tego że mam się ubierać nie na komfort cieplny przy starcie, ale na komfort cieplny po przejechaniu kilku km, kiedy metabolizm wchodzi na drugi bieg i zaczyna się organizm intensywnie grzać.

  • To jest dyrektywa obowiązująca przy wszystkich aktywnościach w chłodne dni (podobnie w przypadku biegówek, za które cały czas mam się wziąć…)

    Jest też tak, że różni ludzie różnie odbierają różne temperatury. Ja np. jestem raczej zimnolubny (preferowana temp. to 16-21 st.), wszystko co w okolicach 30 st. uważam za śmierć. Mrozy znoszę całkiem nieźle, pod warunkiem, że: jest sucho (czyli wolę -10 st. niż -2 st.) i bezwietrznie — o to już na rowerze trudno.

    A jeszcze w grudniu mijała mnie dziewczyna, która jeździła w zwykłej lekkiej koszulce (!).

    Tak czy inaczej na rower ubieram się tak cienko, że po ok. 2 min braku aktywności zacząłbym marznąć.

  • b52t

    Nie no, oczywiście nie polecam tego każdemu rowerzyście. Z resztą, ci niedzielni i tak nie wsiądą na rower przy -12 stopniach i śniegu (o czym zaświadczyła ilość rowerów pod biurowcami gdzie pracuję).

  • No właśnie, wczoraj wreszcie założyłem Kojaki, dziś rano było mokro… Naprawdę lepszy śnieg i opony z fest bieżnikiem, niż jazda Kojakami po mokrym.