„Ave, Cezar!” — recenzja skonsternowana, bo film piękny, szkoda, że troszkę o niczym

Dzisiejszą recenzję pragnę rozpocząć od krótkiego oświadczenia: lubię filmy braci Coen, nawet bardzo. „Big Lebowski”, „Bracie, gdzie jesteś?”, „Co jest grane, Davis?”, „Fargo”, „Hudsucker Proxy”, „To niej jest kraj dla starych ludzi” — właściwie bez względu na to czy to komedia (z drobnymi wyjątkami), czy coś na poważnie, można brać w ciemno.

Niestety, z perspektywy widza, który sobotni wieczór poświęcił na obejrzenie „Ave, Cezar!” — tym gorzej, bo film mnie po prostu zawiódł.


ave cezar recenzja

George Clooney chyba sam nie może uwierzyć, że zagrał w „Ave, Cezar!”. Chociaż jakby przypomniał sobie „Okrucieństwo nie do przyjęcia”, to powinien uwierzyć, że nawet braciom Coen zdarzają się filmy lepsze i gorsze. Może czas na remake „Bracie, gdzie jesteś?”?


Nie paląc intrygi (no właśnie…) można powiedzieć, że „Ave, Cezar!” opowiada historię jednego dnia z życia kilku osób w Hollywood: grupa scenarzystów-komunistów porywa gwiazdora z planu filmowego, menedżer prowadzący twardą ręką wytwórnię musi załatwić 100 tys. dolarów na okup. Poza tym jakieś naprawdę zabawne przebitki na aktora westernowego, którego chcą przefastrygować na amanta, a poza tym foczka pływa w basenie, a marynarz tańczy w tawernie (a na końcu ucieka radziecką łodzią podwodną).

No właśnie: wiele, wiele fajnych pomysłów, piękne zdjęcia, świetna obsada (nawet Clooney jeszcze mnie nie męczy) — ale mimo jasnych odniesień do historii Hollywood, wszakże jest to parodia oskarżeń o zawiązanie spisku komunistycznego w Fabryce Marzeń — jakoś mi się to nie łączy. Pomysł sam w sobie świetny, prawie każda ze scen w dechę (każdy z motywów mógłby być ograny w odrębny film), komiczność komunistycznych wywodów całkiem paradoksalna — ale wychodzi na to, że jak się weźmie dużo tego, dużo tamtego, dużo owego i dorzuci dużo jeszcze czegoś innego — to czasem efekt finalny przypomina jeża w pomidorowej pomadzie.

Po prostu wszystko takie… przedobrzone niedokończone. Coś jak nieszczęsna „Hiszpanka” z idei, ale z iście holyłódzkim budżetem: braci Coen stać na gwiazdorską obsadę, wyszukane efekty i doskonałych kamerzystów, więc te $22 mln po prostu widać — podczas gdy w „Hiszpance” nie potrafiłem odnaleźć utopionych 24 mln PLN. Co z tego, skoro czegoś brak…

A żeby nie było, że tylko narzekam. Przypomniałem sobie „Pół serio”, świetny polski — acz niedoceniony i zapomniany — film. Może by ktoś podrzucił Coenom, bo uważam, że tak się to powinno robić.