„Pokój” — recenzja filmu, który (całe szczęście!) ma happy-end

Dzisiejsza recenzja wyjątkowo bez silenia się na fanfaronadę i zbyteczne elukubracje: film „Pokój” jako dzieło całkowicie odmienne od tych, które opisywałem na łamach czasopisma Lege Artis zasługuje na coś więcej niż dostrzeżenie (tudzież jego reżyser Lenny Abrahamson na przyjrzenie się — przyznaję, że w sumie nie znałem, bo „Franka” jakoś przegapiłem).


pokój recenzja filmu

Kadr z filmu „Pokój”. Ta Pani z prawej to Brie Larson, która kilka godzin później — tj. po tym jak zobaczyliśmy „Pokój” — dostała za tę rolę Oskara.


W bardzo dużym skrócie i bez palenia: film opowiada o pięcioletnim chłopcu uwięzionym z matką w szopie (to jest właśnie tytułowy „Pokój”). Porywacz-dewiant od czasu do czasu przynosi coś do jedzenia i ubrania, a chłopak nie zna świata poza swoim trzy-na-trzy (telewizor bierze za ułudę), jednak w pewnym momencie matka [widzę, że warto dopisać, że gra ją Brie Larson] postanawia coś zrobić. Plan się udaje, przychodzi wolność — ale wcale nie jest tak, że wszystko od razu jest idealnie.
Na szczęście chłopczyk aklimatyzuje się w nowym otoczeniu dość szybko, do siebie dochodzi też matka — i to jest właśnie ten tytułowy (z tytułu dzisiejszej recenzji) happy-end.

Reasumując: „Pokój” to naprawdę poważny (acz nie posępny) film, który autentycznie warto zobaczyć. Nie jest to też po prostu wyciskacz łez, chociaż kilka chusteczek na sali udało mi się dostrzec (panie się łatwo wzruszają…) Trafiłem na ten film do kina dość przypadkowo ale nie żałuję — a nawet zdecydowanie polecam.