Richard Pipes, „Rewolucja rosyjska” — recenzja książki o upadku caratu i początkach bolszewizmu

Po miesięcznej przerwie (tak to jest jak się czytuje raczej gruuuuuube książki, a do tego przecież prowadzi w miarę normalne życie) czas na kolejną recenzję literacką na łamach czasopisma „Lege Artis”. Tym razem na tapetę idzie Richard Pipes i jego „Rewolucja rosyjska” — rzecz po prostu niesamowita (na tyle, że przeczytałem ją po raz drugi).


pipes rewolucja rosyjska recenzja


Na początek ważne zastrzeżenie. „Rewolucja rosyjska” nie jest pozycją popularno-historyczną, tego nie da się czytać jak powieści (bo tak da się czytać np. „Romanowów”). Pipes atakuje nas mnóstwem szczegółów, prawie każda teza jest dokładnie udokumentowana — widać, że pisząc książkę nie ograniczył kwerendy do źródeł internetowych.
I druga sprawa — chociaż Pipes nie używa sformułowań jednoznacznie wartościujących, nie da się ukryć, że widać, że autor ma swój pogląd na opisywaną materię i nie obawia się go ukazać.

Przechodząc do samej książki: nie sposób uciec od wrażenia, że wszystko w Rosji, przynajmniej od końca XIX wieku, zmierzało do nieuchronnego i tragicznego końca — słaby car (miotający się między przywiązaniem do samodzierżawia i próbujący liberalizacji ustroju) kontra nie stroniący od terroru rewolucjoniści; wybuch Wielkiej Wojny, w której kajzerowskie Niemcy użyły jednego ze swoich agentów (licząc, że obalenie rządu rosyjskiego spowoduje wycofanie się z wojny — cud na miarę tego z 1763 r.); dość przypadkowy upadek caratu (Pipes podaje, że w rewolucji lutowej śmierć poniosło 149 osób) oraz nieco mniej przypadkowy upadek Kiereńskiego (zdaniem autora nie było czegoś takiego jak Rewolucja Październikowa — był po prostu zorganizowany przez spiskowców pucz, który przypadkowo się udał i przez szereg zbiegów okoliczności nie został zduszony w kolejnych miesiącach).

Później już szło z górki: kłamliwe hasło „cała władza w ręce rad” plus rozpędzenie Zgromadzenia Konstytucyjnego (przy którym formalności stało się zadość — Pipes cytuje protokół dokumentujący przerwanie obrad przez strażnika-marynarza i nazywa 5 stycznia 1918 r. ważniejszym dniem dla tworzenia się reżimu bolszewików, niż 25 października 1917 r.). Plus przejęcie władzy przez kompletnych dyletantów, którzy celowe zubożenie społeczeństwa traktowali jako element władzy politycznej, a jak im się nie udało — przeszli do terroru (taka dygresja: jedną z różnic między Leninem a Hitlerem jest to, że reżim bolszewicki sięgnął po masowe zbrodnie ze względu na brak poparcia społecznego, aby wymordować prawdziwych i wyimaginowanych wrogów, zaś Hitler użył niekwestionowanej popularności dla posłużenia się terrorem w polityce). Plus fascynująca opowieść o wojskach czechosłowackich, które tocząc wojnę o Syberię były relatywnie najbliższe ukręceniu łba bolszewickiej hydrze…

No nic, trudno udawać, że książkę uda się w jakikolwiek sposób streścić pod pozorem recenzji.
Natomiast tak czy inaczej „Rewolucję rosyjską” naprawdę warto przeczytać, chociaż to lektura nie najłatwiejsza (co ciekawe „Rosja carów” zmęczyła mnie, nie skończyłem).
Lecz zanim przejdę do ostatniej części trylogii Pipesa, czas zresetować mózg czymś zgoła innym

  • b52t

    Ostatnio dorwałem Sołżenicyna „Sierpień czternastego”. Dwutomowa. Jeszcze nie zacząłem czytać, ale temat zbieżny, koniec XIX w., I W.Ś., rewolucja.

  • Sołżenicyn, tak myślę, może być jeszcze bardziej publicystyczny. Aczkolwiek książka niewątpliwie może być dość ciekawa.

  • b52t

    To się okaże, za jakiś czas. Bo teraz mam zgoła inną książkę na relaks. To znaczy kończę Grabskiego. Po niej czas na coś z zupełnie innej beczki.