Sex & drugs & rock’n’roll — a prawo do prywatności artysty (muzyka rockowego)

Pamiętacie historię pewnego polityka — dziś sprawdzającego się w biznesie — który swoją ofertę polityczną opierał na etyce i moralności, ale poglądom tym opierał się w życiu prywatnym (por. Interes publiczny może uzasadniać ingerencję w życie prywatne polityków)? A co by było gdyby media opisały w dość sensacyjno-skandalizujący sposób przygody muzyka rockowego, któremu zdarzyło się zastosować do zasady sex & drugs & rock’n’roll? Słowem: czy rokendrollowiec, który prowadzi się jak przystało na rokendrollowca (czyli: można nim straszyć dzieci) — a w dodatku uważa się go za celebrytę — może być dowolnie mieszany z błotem przez prasę, jego sprawki wywlekane na światło dzienne, jego gęba pokazywana dowolnie w kontekście przestępstw, których nie popełnił? (bazując na wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 16 października 2015 r., sygn. akt I ACa 142/15).


prawo do prywatności artysty

Nie bez kozery prawo do prywatności artysty może łączyć się z jego choćby częściową anonimowością. Co jednak z artystami, których twórczość z góry zakłada pełną anonimowość? Ostatnio znów gruchnęło, że ujawniono tożsamość Banksy’ego — można pogdybać. Na załączonym obrazku anonimat ścienny, którego już nie ma. (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Sprawy miały się następująco: w mediach napisali (sąd tak bardzo starał się zanonimizować dane stron, że aż przegapił adres www.se.pl… co to może być za serwis?) — na podstawie akt postępowania karnego — o pewnym muzyku, że nie dość, że chętnie korzystał z usług cór Koryntu (tych samych, o których pisałem w tekście Sex afera, prawo do prywatności — a wolność słowa), jednak po jakimś czasie zapoznał i ożenił się z „osobą popularną i rozpoznawalną”. W toku postępowania muzykowi przyszło zeznawać, że „mógł uprawiać sex za pieniądze z co najmniej 100 dziewczynami i wydał na ten cel co najmniej 100.000 zł”. Napisano także, że muzyk miał poznać swą przyszłą żonę właśnie dlatego, że była ona zaangażowana w proceder sutenerstwa (a teraz ma za to zarzuty). Do tekstów dołączono zdjęcia klientów, w tym powoda.
Przygotowując tekst dziennikarze nie kontaktowali się z muzykiem, nie weryfikowali prawdziwości informacji (oczywiście chodzi o staranność dziennikarską), zaś zainteresowany nie udzielał zgody na publikację informacji ze swojego życia prywatnego i intymnego.

Sąd I instancji uznał, że publikacja takich detali z życia prywatnego muzyka narusza jego dobra osobiste, nakazując wydawcy usunięcie paru tekstów z portalu internetowego, zapłatę 10 tys. złotych zadośćuczynienia oraz publikację przeprosin za rozpowszechnianie informacji dotyczących sex-afery. Zdaniem sądu doszło bowiem do bezprawnego naruszenia sfery prywatności człowieka — art. 14 ust. 6 prawa prasowego nakazuje szczególną ochronę prywatności jednostki — zaś ingerencja prasy w intymność muzyka nie była niczym uzasadniona. Niezależnie bowiem od tego czy informacje są prawdziwe (oraz czy zainteresowana osoba zaprzeczyła im), doszło do naruszenia czci powoda i postawiono go w złym świetle — albowiem w opinii publicznej korzystanie z usług prostytutek nie ma pozytywnego wydźwięku. Naruszenie dóbr osobistych oceniono jako wyjątkowo intensywne ze względu na to, że muzyk zajmuje się także działalnością charytatywną (fundacja onkologiczna dla dzieci), zatem publikacja takich informacji nadszarpnęła jego dobre imię i zaufanie niezbędne do takiej działalności.

Zdaniem sądu prasa naruszyła także prawa do wizerunku powoda: w tekstach szły jego zdjęcia z żoną; wprawdzie żonie nałożono czarny pasek na oczy (muzykowi nie), co sąd ocenił jako zamiar dokuczenia i zdyskredytowania — choćby przez to, że mogło prowadzić do wytworzenia wśród czytelników przekonania, że powód jest w sprawie podejrzanym lub oskarżonym. (Same fotografie zostały rzecz jasna wykonane za zgodą tych osób, ale użyte wbrew intencjom).

Sumarycznie nawet z tego, że mowa jest o muzyku — osobie niewątpliwie publicznej — nie wynika, że dopuszczalne jest bezgraniczne ingerowanie w życie prywatne osoby publicznej: nawet jeśli przyjąć, że korzystanie z usług prostytutek miało związek z działalnością artystyczną, to jednak związek ten jest li tylko pośredni („nie jest bowiem regułą, że muzycy po koncertach korzystają z tego rodzaju usług”). Nie zmienia też tego faktu, że powód czasem sam udostępniał informacje ze swojego życia prywatnego — ponieważ nigdy nie opowiadał o tych sprawach, zatem wolał pozostawić je w cieniu prywatności.
Nie obronił się także argument o działaniu w interesie publicznym — nawet jeśli korzystanie z usług prostytutek jest odbierane jako moralnie naganne (ale niekoniecznie w świecie show-biznesu), to nie jest penalizowane, kontakty miały charakter dobrowolny, zaś muzyk płacił za wykonane usługi.

Pozwany wydawca wniósł apelację — a teraz oddajmy głos Sądowi Apelacyjnemu, który m.in. w taki uzasadnił oddalenie większości zarzutów (warto zapamiętać, bo słowa są wiekopomne):

Po pierwsze primo nawet rokendrollowiec ma prawo robić po koncercie co mu się żywnie podoba, a dopóki sam się nie przechwala swoim życiem prywatnym, to nic do tego wścibskim osobom:

To, jak i z kim powód spędzał czas po koncertach nie należy do jego działalności zawodowej, estradowej i w żaden sposób na tę sferę jego życia nie wpływało. Swojego wizerunku estradowego muzyka nie kształtował na informacjach o bogatym życiu erotycznym. Wręcz przeciwnie, utrzymywał w tajemnicy kontakty z prostytutkami.

Po drugie primo nie można pisać o człowieku tak jakby był zaangażowany w przestępczy proceder — sutenerstwo jest karalne, ale korzystanie z usług nie — tylko dlatego, że robi coś, co w opinii publicznej jest amoralne.

Nie był organizatorem agencji, a jedynie jej klientem, co jest moralnie naganne, ale nadal pozostaje faktem dotyczącym życia intymnego podlegającego ochronie, także w przypadku osoby publicznie znanej. Powód nigdy nie pretendował do autorytetu moralnego i nie tym zajmował się w swej działalności zawodowej. W tzw. show-biznesie kryteria ocen moralnych są obniżone i artystom z reguły „pozwala się na więcej”, co jednak nie oznacza, że są oni zainteresowani bulwersowaniem, gorszeniem opinii publicznej swym życiem prywatnym w tym intymnym.

Po trzecie primo działalność publiczna muzyka (osoby publicznej) nie oznacza, że można opisywać wszystko co osoba taka robi w życiu prywatnym (intymnym) — zwłaszcza jeśli człek nie gra na nutce artysty-skandalisty:

Pozwany nie udowodnił bezpośredniego związku opublikowanych o powodzie informacji z jego działalnością publiczną. W kontekście spornych publikacji powiązanie działalności publicznej i prywatnej powoda to, jak wywodzi skarżący, utrzymywanie przez powoda kontaktów seksualnych z prostytutkami po koncertach. Ze stanowiskiem tym nie sposób się zgodzić. Powód korzystał z usług agencji jako osoba prywatna i czynił to po pracy, nie upubliczniając tego faktu i nie budując na tym swego wizerunku jako np. artysty skandalisty.

A to ciągle nie wszystko, bo przecież

Wiele osób mających wyczerpującą czy stresującą pracę po jej zakończeniu w różny sposób „odreagowuje”, co wszak z reguły nie jest bezpośrednio związane z ich działalnością publiczną.

Sumarycznie skoro wydawca dopuścił się m.in. naruszenia zakazu publikacji danych z postępowania karnego (art. 13 ust. 3 prawa prasowego), przy czym nie istniał interes publiczny, którego ochrona usprawiedliwiałaby takie naruszenie prywatności muzyka — sąd ograniczył się do zmiany wyroku poprzez uchylenie obowiązku usunięcia spornych tekstów z sieci.

  • b52t

    I tylko 10 k zł za nie wprost (choć tekstu na se nie czytałem, bo i po co) nazwanie kogoś alfonsem czy stręczycielem?

  • Tylko :)
    Ale może o to chodzi, że nam się tylko wydaje, że za to są milijony — a tymczasem skoro za śmierć tylko 250 tys., to za chwilowe obsmarowanie 4% śmierci wystarcza?

  • b52t

    Celebryty mieli zasądzone po kilkadziesiąt czy nawet ponad 100 k zł za pisanie głupot o nich, czy robienie zdjęć jak siedzą na kibelku.
    A z drugiej strony ostatnio było o tym, że w stanach pani za wypłynięcie sex-taśmy ma dostać 55 mnl $, więc to może niektórym mieszać w głowach.

  • Kojarzę 300 tys. za podanie nieprawdziwej informacji o śmierci popularnej aktorki, ale to zdaje się w drodze ugody przedsądowej. Nie wiem czy sąd tyle by przyznał za taką informację.

    Poza tym niewykluczone, że sąd brał jednak pod uwagę, że nie mówimy o niewiniątku :)

  • b52t

    Możliwe. Ale kiedyś to potrafił grać. I prawdę mówiąc nie wiedziałem, że zespół w którym gra założono we Wrocławiu (jeśli nie mylę spraw).

  • Nie wiem czy mówimy o tym samym Tomaszu L. Bo początkowo brałem pod uwagę 2 muzyków o takim imieniu i inicjale, ale wyszło, że jest też ten trzeci.

  • b52t

    A to nawet nie sprawdziłem treści wyroku i wygląda na to, że ostro przesadziłem.
    Tak swoją drogą 300K zł zadośćuczynienia za informacje o śmierci, to więcej niż szarak może dostać za prawdziwą śmierć bliskiej osoby.

  • b52t

    A spawa tak tajna, że jak właśnie sprawdziłem o co chodziło (swoją drogą wyszukiwanie na bing [tak, mam w pracy IE] pokazuje, że tekst na se.pl jest), bo chyba widzę, że mię się pomyliła żona z córką, czyli dzwoniło dobrze, stałem pod dobrym kościołem, ale nie te drzwi.

  • Sprawa medialna, w grę wchodziła śmierć — no i strony się ugodziły (szczegółów nie znam, a nawet jakbym znał, to nabrałbym wody w usta).

  • b52t

    Ale sprawę kojarzę. Inna sprawa, że nekrolog został wydrukowany za wcześnie.

  • maho

    Mi wyszło że to zespół na V (poruszając się w poetyce anonimizacji), który zupełnie ale to zupełnie był mi nieznany. Więc może jaka rozpoznawalność takie naruszenie czci? :)

  • Przy czym gitarzysta znany z gry ze znaną i skandalizującą szansonistką ongiś młodego pokolenia (której skarga do TK była skądinąd przyczynkiem do krytyki Trybunału na tutejszych łamach).

  • sjs

    Przemysław W. syn polskiego prezydenta, Mirosław H. syn pierwszego polskiego kosmonauty itd, a cała anonimizacja idzie się bujać. :)

  • Przepisy o anonimizacji podsądnych pochodzą z dawnych czasów, kiedy nie było internetu — i o ile nie miałeś pod ręką encyklopedii PWN można było popełnić błąd z cyklu Jarosław Cyrankiewicz? a może Stanisław Cyrankiewicz?

    Teraz, nawet znając dwóch gitarzystów o imieniu Tomasz i nazwisku na „L”, mogę w 10 sekund ustalić komu to dulszczyzna przerobiła korzystanie z Cór Koryntu na „zamieszany w aferę”.
    Czasem się mówi, że prawo nie nadąża za rzeczywistością, w tym przypadku akurat jest to w miarę akuratne. W miarę, bo nadal są ludzie, którzy nie potrafią przeprowadzić prawidłowej kwerendy w wyszukiwarce.