Mandat imperatywny czy imperium mandatowe?

Ni z gruchy, ni z pietruchy: jak podaje prasa PiS planuje zmiany w kodeksie wyborczym, w tym związanie parlamentarzysty partią, czyli — poseł opuszczający szeregi partii, z listy której uzyskał mandat, traci miejsce na Wiejskiej (tzw. mandat imperatywny). Alternatywnie sankcją za naruszenie zakazu zmieniania partii w czasie kadencji byłby zakaz kandydowania w kolejnych wyborach lub nieważność głosu oddanego przez takiego parlamentarzystę (sic!).


Mandat imperatywny

Rzecz jasna mandat imperatywny nie straszny posłom, którzy nie dorobili się nawet własnego imienia, nie mówiąc o własnym zdaniu (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Chodzi oczywiście o zwalczanie czasem denerwującego zjawiska zmian barw politycznych po wyborach: deputowany startuje z listy partii A, jednak rychło (lub nieco później) stwierdza, że bardziej po drodze mu z partią B — taka roszada może nawet skończyć się utratą statusu klubu (wyobraźmy sobie, że z klubu PSL odchodzi dwóch posłów — i mamy co najwyżej koło PSL).

Status skoczka umożliwia Konstytucja, w której ustanowiono tzw. mandat wolny — poseł jest przedstawicielem Narodu (jako suwerena władzy państwowej), jednak nie wiążą ich nawet instrukcje wyborców; tym bardziej parlamentarzysta nie jest związany instrukcjami przewodniczącego partii lub szefa klubu (do senatorów odnosi się art. 108 Konstytucji RP).

art. 104 ust. 1 Konstytucji RP
Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców.

Czy to jednak oznacza, że przywiązanie posła do partii, które próbuje się uzasadnić art. 11 Konstytucji RP (wolność działalności partii politycznych i prawo wpływania na politykę państwa), jest rozwiązaniem właściwym?

Pomijając już czysto teoretyczną konieczność nowelizacji ustawy zasadniczej (pozwalam sobie na lekką złośliwość pamiętając, że o ew. sprzeczności mandatu imperatywnego z konstytucją można mówić tylko na spotkaniu przy ciasteczkach i herbacie) — nie uważam, by wprowadzenie zakazu zmian przynależności partyjnej przez posła było działaniem pożądanym.

Nawet jeśli zgadzamy się, że dość często zmiana wynika wyłącznie z pobudek koniunkturalnych (szczury opuszczają tonący statek), to potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której poseł rozstaje się z partią z przyczyn jak najbardziej adekwatnych: zmiany poglądów — partii lub tego posła. Jakby na to nie patrzeć zmiana poglądów nie jest zabroniona, ludzie się zmieniają, czasem pod wpływem tego co widzą na co dzień — dlaczego mamy ich na siłę trzymać w zastanej rzeczywistości? (Natomiast zanim P.T. Czytelniku zaczniesz się dziwić co to znaczy „zmiana poglądów partii”, przypomnij sobie woltę „starej PO”, od quasi-liberalizmu do socjal-etatyzmu.)

Wprowadzenie zakazu zmiany barw partyjno-klubowych i obwarowanie go jakąkolwiek sankcją — gdzie utratę mandatu uważam, nawet jeśli zgadzam się z tym, że w przypadku ordynacji proporcjonalnej wyborcy głosują na szyldy, nie na nazwiska, za sankcję wręcz skandaliczną — prowadziłoby do niepotrzebnej petryfikacji układu politycznego. Tymczasem stabilność, nawet jeśli uznać za stan korzystny, nie powinna być sztucznie wymuszana działaniami administracyjnymi (i przymusem).

Zwłaszcza, że w polskich realiach ów mandat imperatywny raz-dwa przerodziłby się w imperium mandatowe — gdzie prezes-imperator rządziłby poddanymi w totalnie dowolny sposób, im zaś nie pozostałoby nic innego jak wiernie trwać i ssać…

PS a na marginesie: ciekawe jak wyglądałoby vacatio legis w przypadku takiej nowelizacji? Ja bym powiedział, że takie zmiany powinny wchodzić w życie od początku kolejnej kadencji parlamentu — albowiem zawsze wychodzę z założenia, że żadna zmiana nie powinna zachodzić w czasie gry — ale pewnie nie o to chodzi…