Biografia „Napoleon Wielki” — recenzja książki Andrew Robertsa

To dziwne — chociaż pisząc o książce „Romanowowie 1613-1917” wyjawiłem, że dla mnie historia rzadko sięga głębiej niż tej części XIX wieku, która może być uznana jako wstęp do stulecia dwudziestego — dziś przyszedł czas na recenzję biografii Napoleona Bonaparte („Napoleon Wielki”, autor Andrew Roberts) — cóż bowiem zrobić, że wstępem do schyłku XIX w. były jego pierwsze lata? I nikt przecież nie wywarł większego wpływu na tamten czas niż Napoleon właśnie?


biografia napoleon wielki recenzja


Przyznam, że do książki podchodziłem troszkę jak do jeża i po przeczytaniu pierwszych iluś tam stron (na czytniku nie widzę stron…) prawie się poddałem. Niby zawsze warto zacząć od młodych lat każdego bohatera, niby ciekawy (i pewnie istotny) jest szczegół, że będąc z rodu Buonaparte podpisywał się częstokroć jako Buona Parte — ale jednak nasycenie detalicznymi szczegółami w przypadku tak odległych zdarzeń nie sprzyja przyswajalności.

Na szczęście im dalej w las, tym ciekawiej: obalenie Dyrektoriatu, Konsulat, koronacja na „cesarza Republiki Francuskiej” (sic!) — do tego geniusz wojskowy, nieco mniejszy geniusz polityczny, innowator społeczny nie unikający nowości tam, gdzie było to koniecznie (i cofnięcia koła zamachowego historii tam, gdzie było to wskazane — mnie się przypomina Calvin Coolidge i jego „bądźcie tak postępowi jak nauka i tak reakcyjni jak tabliczka mnożenia”). Dowód: jego cesarstwo nie przetrwało, ale szereg instytucji cesarstwa trwa do dziś (Conseil d’État), ba, nawet nasz kodeks cywilny jest oparty na super-nowoczesnym i liberalnym Kodeksie Napoleona.

A skoro można patrzeć na początek XIX wieku jako preludium wieku XX wieku, przyszło mi do głowy (z cyklu „co by było gdyby pewien młody malarz został przyjęty na Akademię Wiedeńską?”): być może nie byłoby niemieckiego prądu narodowego gdyby nie mieszanie się Francuzów do spraw państewek niemieckich (Związek Reński) — a więc wahadło nie wychyliłoby się w drugą stronę w roku 1870 — a więc nie musiałoby się odchylać ponownie w 1914 r. — a więc być może bez znaczenia byłyby plany i marzenia malarza z Braunau am Inn…

Książka „Napoleon Wielki” na pewno nie jest pozycją dla każdego, dość szczegółowe opisy batalii mogą solidnie znużyć — niemniej mimo pewnych dłużyzn warto mieć ją na półce (oczywiście po przeczytaniu, bo trzymanie książek na półce dla trzymania na półce jest bez sensu).

  • Gregory

    Z tym malarzem to niedorzeczność. Człowiek był psychiczny i nie odpuściłby tak łatwo.

  • Jest teoria, że osobowość Hitlera ukształtowała się pod wpływem obrażeń doznanych w końcu 1918 r. Gdyby nie wojna, nie byłby na froncie. Ale mało tego: gdyby nie wojna, być może nie rozpadłyby się kajzerowskie Niemcy, etc.

  • b52t

    Alternatywne historie są fajne. Tyle, że się nie wydarzyły.

  • Ale umiejętność krytycznej analizy wstecz pozwala na podejmowanie (w miarę) rozsądnych decyzji w przód.

  • b52t

    Pomimo snu pozostanę w duchu swojej poprzedniej wypowiedzi: historia nas uczy, że nic się z niej nie uczymy. ;-)
    Nie mniej, co do zasady zgadzam się: człek jako zwierzę myślące i uczące się może i powinno uczyć się i wyciągać lekcje z popełnionych błędów.

  • Z tą historią, która chce być magistrą vitae — być może tylko w państwie filozofów i mędrców udałoby się uniknąć powtórki z rozrywki.

  • b52t

    Nawet jednostki za często nie wyciągają wnioski w przypadku własnego żywota (je ZUS).

  • wojakrob

    Czy pisałem już kiedyś, że ciekawie opisał alternatywne historie E. E. Schmitt w powieści „Przypadek Adolfa H.” ?

  • Chyba tak, pisałeś — ale książki nie czytałem (z takich książek czytałem bestsellerowy „On wrócił”, ale niespecjalnie mi się podobało).

  • b52t

    zawsze można przypomnieć klasykę, czyli „Człowiek z wysokiego zamku” P.K. Dicka. Nawet serial zrobili na podstawie tej powieści.