Wyrok za naruszenie dóbr osobistych w reportażu Elżbiety Jaworowicz

W dawnych czasach, kiedy miałem jeszcze telewizor (zdecydowanie jeden z najdurniejszych wynalazków, na jaki skazana została ludzkość) często się dziwiłem: jak to jest, że skoro wszystkim rządzą budżet i reżyser (i naprawdę nie ma miejsca na coś takiego jak spontan), to czasem przechodzą „takie” rzeczy? A może właśnie „takie” rzeczy przechodzą, bo wszystkim rządzą reżyser (i budżet)? A może niektórym ludziom wystarczy wizja własnej twarzy na wizji, niezależnie od tego co publika zobaczy?

Dziś zatem kilka akapitów o tym, że nawet jeśli telewizja nie zawsze kłamie, to jednak rozmijać z prawdą zdarza się nawet programom reporterskim — przy czym nawet subtelne nagięcie rzeczywistości i przygotowanie materiału pod tezę może wiązać się z odpowiedzialnością po stronie dziennikarza (wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 23 czerwca 2016 r., sygn. akt I ACa 1331/15).

Przedsiębiorca prowadzący niewielki zakład produkcyjny pozwał Elżbietę Jaworowicz oraz Telewizję Polską S.A. żądając ochrony czci i dobrego imienia naruszonych poprzez wyemitowanie nierzetelnych i szkalujących go programów poświęconych wypadkowi, któremu uległ jego pracownik, a także zasądzenia 30 tys. złotych tytułem zadośćuczynienia.

Sprawa dotyczyła świeżo upieczonego pracownika (zatrudnionego na stanowisku pomocnik operatora młynów), który w wypadku przy pracy utracił rękę. Zdarzeniu poświęcono kilka audycji w ramach „Sprawy dla reportera” — niestety zdaniem powoda zarzuty zaniedbania BHP i przedkładania zysku przez chlebodawcę nad zdrowie i bezpieczeństwo podwładnych opierały się na jednostronnej relacji rodziny poszkodowanego, zaś prowadząca program nie dochowała należytej staranności dziennikarskiej.
Autorka programu pominęła nie tylko znane jej stanowisko pracodawcy, ale także prokuratury i sądu, które zajmowały się sprawą. („Uczestnicy reportażu wskazali, że karetka została wezwana dopiero po upływie 30 min od zdarzenia, kiedy to poszkodowany z uwagi na nasilający się ból wybłagał w końcu u powoda jej wezwanie. Przez cały ten czas ręka poszkodowanego była zakleszczona w maszynie. Podczas dokonywania demontażu maszyny powód poklepywał jedynie poszkodowanego po plecach i mówił, że skoro wytrzymał tyle to wytrzyma jeszcze i trochę.”)
Po programie fora internetowe zaroiły się od opartych na tym jednostronnym stanowisku obraźliwych komentarzy, które powód odebrał jako bardzo krzywdzące.

Zdaniem Elżbiety Jaworowicz oraz TVP S.A. powództwo powinno być oddalone: powód nie może zarzucać braku staranności dziennikarskiej, ponieważ zapraszała go do udziału w programie, ale przedsiębiorca z takiej możliwości nie skorzystał. Okoliczności wypadku opisał sam poszkodowany, zatem trudno nie dawać mu wiary, natomiast zachowanie przedsiębiorcy po wypadku — fakt, że nie udzielił pomocy poszkodowanemu oraz zwolnił pracownika — nie budzą żadnych wątpliwości. Nie można było cenzurować wypowiedzi poszkodowanego, zaś kwestie prawne zostały wyłuszczone w drugiej części programu.

Sąd I instancji oddalił powództwo: owszem, treść programów nie odzwierciedlała przebiegu zdarzeń, w szczególności nie pokazywała postawy powoda w sposób prawdziwy — zaś wyemitowane stwierdzenia pod adresem pracodawcy naruszały jego dobra osobiste — jednak wskutek zachowania należytej staranności dziennikarskiej (art. 12 ust. 1 pr.prasowego) doszło do wyłączenia bezprawności (art. 24 kc). Zachowanie przez dziennikarza wymaganej staranności zwalnia go z odpowiedzialności za naruszenie dóbr osobistych nawet jeśli podana informacja okazuje się nieprawdziwa — zaś dochowanie staranności przez prasę wyklucza obowiązek wykazania prawdziwości zarzutu. Gdyby od prasy wymagać wykazania prawdziwości nawet w przypadku dochowania staranności, mogłoby prowadzić do jej paraliżu — ograniczenia swobody wypowiedzi.

Skoro zatem Elżbieta Jaworowicz przedstawiła w programach szerokie spektrum poglądów, zaprosiła do udziału w audycji przedstawicieli prokuratury i PIP oraz powoda — który odmówił wzięcia w nim udziału, przez co z własnej woli nie skorzystał z możliwości przedstawienia swojego stanowiska — to ocenić należy, iż nie doszło do naruszenia obowiązku zachowania należytej staranności dziennikarskiej.

Z taką oceną nie zgodził się powód, a sąd II instancji uwzględnił wniesioną apelację. Odmiennie zinterpretowano ocenę czy można mówić o dochowaniu należytej staranności — nie zwykłej, lecz staranności dziennikarskiej, do której stosuje się podwyższone standardy. Sąd przyjął, że autorzy programów dali „fory” pokrzywdzonemu i jawnie trzymali jego stronę: wypowiedzi poszkodowanego zostały zarejestrowane w sposób przygotowany, w dogodnej dlań atmosferze, wśród jego bliskich; tymczasem do zakładu ekipa telewizyjna wpadła z zaskoczenia i pod nieobecność szefa, a redaktorka nie chciała nawet na niego poczekać na miejscu. Powód nie tylko nie został uprzedzony o planowanej wizycie, ale nawet odmówiono mu ustalenia innego terminu na nagranie wypowiedzi. Równie negatywnie sąd ocenił fakt, że przedsiębiorcę zaproszono wyłącznie na debatę w studiu, która miała miejsce w kolejnych programach poświęconych wypadkowi — we wcześniejszej fazie przygotowywania materiału nie zapewniono mu możliwości choćby skomentowania sytuacji.

O braku należytej staranności dziennikarskiej przesądził także fakt, że zaproszeni do studia przedstawiciele organów państwa mieli się wypowiadać o sprawie ciągle w toku. Jednak już nieco późniejszy wyrok uniewinniający (doniesienie do prokuratury złożyła PIP) został przez Elżbietę Jaworowicz kompletnie zignorowany. Redaktorka o uniewinnieniu tylko napomknęła, a „z postawy pozwanej jako prowadzącej program można nawet odnieść wrażenie, że wyrokiem uniewinniającym powoda w ogóle nie była zainteresowana”.
Tymczasem obowiązkiem dziennikarza jest dążenie do prawdy — zatem podstawą warsztatu w takiej sprawie powinna być weryfikacja dokumentów. Oznacza to, że także osoby biorące udział w programach — surowo oceniające postawę pracodawcy, który rzekomo nie pomógł swojemu pracownikowi — nie zostały zapoznane z rzeczywistym przebiegiem zdarzeń, stanowiskiem powoda, oceną prokuratury i ZUS.

Realizując wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, Elżbieta Jaworowicz autorka programu „Sprawa dla reportera”, przeprasza I. W., przedsiębiorcę prowadzącego działalność gospodarczą pod nazwą Zakład Produkcji (…) Zakład Pracy (…) z siedzibą w S., za bezprawne naruszenie jego dóbr osobistych w postaci czci i dobrego imienia w wyemitowanych w dniach 10 września 2009 roku, 7 stycznia 2010 roku oraz 7 października 2010 roku materiałach dotyczących wypadku, do którego doszło na terenie przedsiębiorstwa (…) dnia 15 listopada 2008 roku, skutkującego uszkodzeniem ciała pracownika K. S., poprzez nieprawdziwie zaprezentowanie postawy I. W. jako pracodawcy i jego postawy podczas udzielania pomocy poszkodowanemu K. S.

Sąd doszedł do przekonania, iż tak wyrywkowe przedstawienie poglądów powoda oraz całokształtu zdarzeń oznacza, że zarzut niezachowania należytej staranności przez Elżbietę Jaworowicz jest udowodniony.

W konsekwencji wyrok sądu I instancji został zmieniony: redaktorka musi przeprosić powoda za bezprawne naruszenie dóbr osobistych, zasądzono też (solidarnie od Telewizji Polskiej S.A. oraz od redaktor Jaworowicz) 30 tys. złotych zadośćuczynienia — a to dlatego, że wina prowadzącej program była bezsporna, zaś konsekwencje w postaci bardzo intensywnej i negatywnej reakcji społecznej po wyemitowanych programach dotkliwe dla przedsiębiorcy, któremu zszargano opinię na lata.

  • sjs

    Pozostaje zapytać, czemu tak mało?

  • Hmm bo ja wiem czy tak mało… Telewizja nie wymyślała tych historii — fakt, że przełożenie „w telewizji” jest mocniejsze niż samo wymyślenie — ale myślę, że to mogło mieć znaczenie.

  • RYBY

    Niestety reporterzy „śledczy-społecznicy” czy też „wrażliwi na krzywdę ludzką” coraz częściej mają na celu zszokowanie widowni niż rzetelne przedstawienie tematu.
    No bo co to byłby za program, że jednak pracodawca to nie krwiopijca.

  • maho

    Obejrzałem kiedyś kilka odcinków tego programu i odnoszę wrażenie że pani Jaworowicz jest tam w roli wzmacniacza emocji. Tj stawia na przeciwko siebie jedną stronę, drugą stronę, sama w środku, to co któraś ze stron mówi, powtarza trochę innymi słowami (zawsze mam wrażenie że bez zrozumienia ich), zawsze jednak dodając duży ładunek emocji. Tam prawda nie ma najmniejszego znaczenia, tam ważne jest żeby się działo i żeby pokazać nogi.

  • dżin

    Dla mnie liczy się tylko to, że sprawa dotyczy roku 2009, a przypomnę mamy rok 2016.

  • No cóż, w Polsce rzadko się zdarza, żeby sprawy załatwiały się szybko…