Matyšák Rulandské šedé 2014 — białe wytrawne wspomnienie Słowacji…

Górskie łazęgi — na przykład z psem w słowackich Tatrach — mają to do siebie, że łacno połączyć przyjemne z przyjemnym. Niewiele jest przecież rzeczy, które bardziej umilają życie od przemierzenia paru wiorst po szlaku, by później — kiedy człek spocznie wreszcie w miłym fotelu — zatopić się we wspomnieniach lepszych chwil.

Dziś proponuję P.T. Czytelnikom — zgodnie z przedwakacyjnymi zapowiedziami (por. Co to jest apelacja?) — łyczek wina Matyšák Rulandské šedé 2014, czyli fajne słowackie białe wino wytrawne.


Wino Matyšák Rulandské šedé

Moje własne „oczko” — czyli efekt tegorocznych wypadów w góry. Na początek idzie Wino Matyšák Rulandské šedé, później cała reszta (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


W smaku dość cierpkie, o wyraźnym cytrusowym posmaku i nienachalnym aromacie, wino Matyšák Rulandské šedé doskonale komponuje się z upalną pogodą jaką serwuje nam wrzesień, a także np. z owocowymi pierogami lub makaronem ze szpinakiem. Jak większość win białych wytrawnych w moich rękach wyraźnie zyskuje po schłodzeniu do nieco niższych temperatur niż zaleca producent, ale to chyba głównie skutek tego, że te lekkie białe wina traktuję w kategoriach zdecydowanie rekreacyjnych.

I chociaż zakręcana butelka (tak, wiem, że z punktu widzenia les connaisseurs mówimy o faux pas niewybaczalnym) przypomina nam, że mamy do czynienia z przedstawicielem budżetowej serii Vinum Galeria Bozen (wydaje mi się, że wino to serwowane jest przede wszystkim w restauracji o tej samej nazwie), to mnie nachodzi myśl: daj boże, żeby polscy winiarze potrafili dostarczyć na rynek równie smaczne i konkretne lecz bezpretensjonalne wino w cenie około 4 euro.

No chyba że to kwestia jakichś przepisów — może faktycznie jakaś administracyjno-urzędnicza garota dławi i utrudnia życie polskim winnicom — czyli czegoś, czego nigdy nie zrozumiem.

  • b52t

    Na łikend polecam zobaczyć „Miles ahead” (odmawiam używania polskiego tłumaczenia).

  • Tego na płycie (chyba nie mam) ale Davisa zawsze chętnie — z tym, że naj-naj to dla mnie okres 1965-70 (a także później):

  • I później… (genialne):

  • Nie ma jak się samemu zmoderować, ale nie o to chodzi. „Bitches Brew” — po świetnym okresie 1965-70 — to genialna płyta Davisa.

    A z tegoż najlepszego kwartetu może być np. „Sorcerer”:

  • b52t

    Żeby nie mówiąc o fabule wprowadzić w nastrój filmu, akuratną płyta Milesa jest:
    (chociaż Sketches of Spain też pasują)