Citizen Promaster NY0040 [test] — bo żeby „przestawić czas” trzeba mieć zegarek

Skoro już jutro znów zastosowanie ma rozporządzenie o psuciu zegarków (BTW proszę przypomnieć Pani Premierce, że nie mamy rozporządzenia na rok 2017 i następne!), to mnie naszło na test kolejnego zegarka z mojej (skromnej) kolekcji — tym razem jest to Citizen Promaster NY0040.


Citizen Promaster NY0040 test

Tajemniczy i niepokojący… a przecież wesoły i towarzyski. Zegarek Citizen NY0040 ma kilka oblicz — co nie może dziwić, bo przecież służy do obliczania czasu (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Na początek tradycyjna garść szczegółów dla szczególarzy: zegarek Citizen NY00400 to jeszcze jeden (por. test Seiko SKX781) przedstawiciel pomału wymierającego gatunku niedrogich japońskich zegarków nurkowskich z naciągiem automatycznym. Ten model jest w produkcji od 1997 roku i obecnie jest ponoć ostatnim automatem w palecie Citizena.

Technicznie zegarek stanowi kawał solidnego żelastwa: wykonana ze stali chirurgicznej (zwanej też jubilerską, 316L) koperta o średnicy 42 mm (48 mm z uszami) i grubości 12 mm. Według dzisiejszej mody to zegarek średniej wielkości, zdaje się, że 20 lat temu mógł uchodzić za całkiem pokaźny. Szerokość paska to przyjemne 20 mm, uważam taki rozmiar za dobry kompromis między wygodą i brakiem ostentacji (osobiście noszę tego Citizena wyłącznie na paskach typu NATO, więc dolegliwości bransolet są mi obce; fabrycznego gumowego paska też szybko się pozbyłem).


Citizen Promaster NY0040 test

Citizen NY0040 w swoim żywiole: pan i jego wierna psinka w pięknym lesie (fot. Magdalena Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Serce sikora to japoński mechanizm Miyota 8203A specjalnie przygotowany dla Citizena (znalazłem informację, że werk został skonstruowany w 1977 roku), oparty na 21 kamieniach, pracujący w rytmie 21,6 tys. wahnięć na godzinę. Zegarek ma naciąg automatyczny, czyli nie ma potrzeby nakręcać go ręcznie (ani też wymieniać bateryjek) — wystarczy założyć na nadgarstek i zacząć żyć, a zadziała istne perpetuum mobile. Rezerwa chodu wynosi około 42 godziny, można więc sobie nawet nieźle pospać, a obudziwszy się będziemy wiedzieć czy można jeszcze podrzemać, czy już trzeba wstawać.

Nietypowym ale bardzo wygodnym patentem jest umieszczona na 8 godzinie koronka — takie rozwiązanie może wygląda dziwnie, ale jeśli nosicie zegarek na lewym nadgarstku, szybko docenicie komfort rozwiązania: bolec nie wrzyna się w dłoń, o co nietrudno przy dość masywnym a przeznaczonym do zastosowań bojowych zegarku. (Dla przypomnienia: Seiko Orange Monster ma koronkę przesuniętą na godzinę 4, co jest lepsze niż najczęściej spotykane „na sztorc” — jednak montaż z lewej jest jeszcze lepszy.)


citizen promaster ny0040 test

Czy jadę dalej rowerem (ostatnio rzadko) czy włazimy z psinką w góry i lasy (ostatnio częściej), lubię mieć pewność, że mój zegarek zawsze pokaże mi akuratną godzinę. Wybaczcie ale autentycznie nie mógłbym sobie pozwolić na smart-zegarek, który jest tak bardzo smart, że po góra 2 dniach woła o prąd (fot. Magdalena Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Za wygodę w noszeniu odpowiada także kształt koperty i obrotowego bezela. Chociaż Citizen NY0040 rozmiarami odpowiada modelowi Seiko Orange Monster, w praktyce jest od niego wyraźnie wygodniejszy, a to za sprawą bardziej „opływowego” profilu, który mniej koliduje z mankietem kurtki czy nawet koszuli.

Automatów nikt nie kupuje dla dokładności, ale i tutaj mój Citizen nie ma powodów do wstydu. Noszony przez tydzień będzie w plecy (lub do przodu, nie pamiętam) jakąś minutę. Natomiast nurkowskie zegarki są godne polecenia ze względu na ich znakomitą odporność.


Citizen Promaster NY0040 test

Pan i jego psinka w swoim żywiole, żywioły zaczynają buzować, Citizen NY0040 oczywiście na nadgarstku, cierpliwie czeka na zlanie solidną tatrzańską burzą (fot. Magdalena Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Niestety, nie mogę się pochwalić w jakim to oceanie i na jaką głębokość schodziłem z moim Citizenem; nurkowanie — podobnie jak wszystkie sporty wodne — to kompletnie nie moja bajka.
Nie zmienia to faktu, że nadal jestem zdania, iż zegarek dla nurków jest najlepszym zegarkiem pierwszego wyboru dla konkretnych gości: dostatecznie solidny, żeby poradzić sobie z wyzwaniami jakie stawia przed nim codzienne życie; nie straszne mu przemoczenie podczas wędrówek w górach; wystarczająco casualowy, żeby sprawdzić się na nadgarstku pod marynarką; rzadko obciachowy.

Cała ta pisanina nie miałaby sensu, gdybym nie wspomniał o pieniądzach. Cóż, tu mamy tę samą zasadę, na którą zwracam uwagę przy recenzjach morawskiego wina: można wydać dużo i cieszyć się super jakością, można też jednak wydawać mniej i otrzymać wyrób wcale nie gorszy. W tę konwencję doskonale wpisuje się testowany Citizen NY0040: jeśli dobrze poszukać, uda się go znaleźć w sklepach (raczej zagranicznych) za mniej niż 1000 złotych, zaś nie wybrzydzając upolujecie go za połowę tej ceny.


Citizen NY0040 Seiko SKX781

Jeszcze kilkanaście dni temu te zegarki pokazywały ten sam czas. Na szczęście szczęśliwi nie muszą aż tak dokładnie przeliczać chwil (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Reasumując: fajny nurkowski zegarek to nie tylko pieruńsko drogi szwajcar, z którym (ponoć ludzie tak mają) strach wyjść z domu. Tanie, pancerne japońskie sikory sprawdzą się w każdej możliwej sytuacji — pozwalając po prostu sprawdzić godzinę. Jak dla mnie bomba.

  • Waldemar Bulkowski

    ” Wybaczcie ale autentycznie nie mógłbym sobie pozwolić na smart-zegarek, który jest tak bardzo smart, że po góra 2 dniach woła o prąd ” – moje Pebble chce się nakarmić raz na tydzień… I daje dużo wcześniej znać, że trzeba go podłączyć do ładowania.

  • Tydzień też mało. Coś mi świta, że dość dobre jeśli chodzi o ten parametr są Suunto — przy działaniu jak „zwykły zegarek” 7-14 dni działania.

  • b52t

    Nazywanie teraz wszystkiego ze „smart” jest taką samą chorobą cywilizacyjną jak „innowacja”, „start-up” i „aplikacja” odmieniane przez wszystkie przypadki.
    Przy czym Suunto wydaje się być ciekawy, bo ma dodatkowe funkcje, przydatne dla podróżników.

  • Niestety, jeśli się zacznie intensywnie używać tych funkcji, nawet w Suunto po 2-4 dniach wyczerpie się bateryjka. Teraz jestem starym koniem i mam swoje potrzeby, ale młodym studenciem będąc potrafiłem wbić się w góry na 3 tygodnie, przez które nie miałem dostępu do elektryczności. Byłby problem.

  • b52t

    Słuszna uwaga o wielkość współczesnych sikor oraz ich ostentacji – to co się czasem widzi na nadgarstkach wywołuje rozbawienie. Szczególnie, gdy ktoś o drobnych przegubach nosi coś, co wykłada jak 21 calowe alufelgi w maluchu.

  • b52t

    Póki pojemności baterii nie uda się zwiększyć, tak to będzie wyglądać.
    Dzisiaj trudno ludziom się wyjechać gdzieś w świat nie mają pakietu danych zagramanicą i dostępu do wi-fi – Signum tempores.
    Jestem po takim detoksie cyfrowym – bez internatów, bez tv, bez gazet przez prawie 2 tygodnie – ło matko, jakie to było piękne doznanie. Jedyne wspomaganie to GPS (nie ze szmartfona, a z … nawigacji). Teraz najwięcej internatów mam w pracy. Z gazet ograniczam się do ekonomii, gospodarki i prawa – człowiek jest mniej napięty.

  • Nabrałem ochoty na zegarek naręczny po Twoim opisie…
    Ale +/- 1 minuta na 7 dni? Wow, jednak podziękuję :(

  • Nawet nie zauważysz :) Nawet jeśli byłbyś kolejarzem w PKP, ta minuta nie ma znaczenia ;-)

  • Zazdroszczę podejścia do życia :-)
    Pomyślę w takim razie po nowym roku, może coś się uzbiera na pierwszy naręczny :-)

  • Do pracy jeżdżę rowerem, nigdzie się nie spieszę — a jeśli mi się spieszy, to po prostu mocniej depnę :)

    Poza tym, zgadza się, staram się coraz bardziej wyluzowywać życiowo. Nic nie jest warte niepotrzebnego martwienia się (a najlepsza metoda na spóźnianie się, to po prostu starać się być nieco wcześniej).

  • Fajny zegarek. Ja mam swojego Polara RS200. Kiedyś służył do biegania, teraz służy na co dzień. To co go wyróżnia i mi się podoba to grafika biegacza na ekranie ;)
    A z Suunto polecam Traversa, jak znalazł w góry ;)

  • Chyba już skutecznie i ostatecznie wyleczyłem się z jakichkolwiek chęci kumulacji dodatkowych elektro-gadżetów. Wystarczą mi komórka, aparat cyfrowy i Kindle, no i komputer rzecz jasna.

  • b52t

    ale komórka szprytfon, czy komórka – komórka (telefon, sms, zdjęcia)? ;-)

  • 5 cali musi być ;-) LOL :)

    A na poważnie: nawigacja w komórze to jednak wygoda (nigdy nie odczuwałem potrzeby posiadania osobnego urządzenia), a OpenStreetMap (w tym przypadku OSMand) przydaje się nawet w terenie.

    Poza tym niezaprzeczalnie wygodne są programy blokujące spam telefoniczny.

    PS telefon na ujęciu w dzisiejszym tekście nie mój, Fejsbóka nie mam zainstalowanego ;-)

  • b52t

    Tak, GPS/nawigacja, to jedyny plus posiadania szmartfona. Ale już za granicami, to chyba bardziej tradycyjna osobna nawigacja ma się lepiej; (szczególnie jeśli nie ma się wykupionych pakietów).

  • OSM pozwala na wgranie każdego kawałka mapy na urządzenie (podobnie Here), pakiet na internet nie jest w ogóle konieczny.

    W ogóle ta aplikacja jest chyba lepsza nawet niż https://www.openstreetmap.org/ przez przeglądarkę…

  • b52t

    O warto mieć to na względzie. Nie planuję zakupu szprytfona, choć po 5 latach mój Samsung Solid robi mi takie psikusy, że będę się musiał z nim rozstać – planuje jeszcze bardziej idiotenphone. Jestem tak mocno na bakier z aplikacjami. (Choć i OSM słyszałem, właśnie w kontekście tego, że nie gromadzi danych).

  • Nie mam innego zegarka, lubię sportowy styl zatem ten jest jak znalazł ;)
    Telefon mam do dzwonienia i sms oraz fotek: stara Xperia – bateria trzyma do 9 dni.
    Aparat cyfrowy może kiedyś. Kindle konieczne :)
    Dostałem w jakimś konkursie powerbanka, leży w szufladzie i leży.