Film „Łotr 1. Gwiezdne wojny — historie” — wreszcie mamy gwiezdną wojnę jak się patrzy

Jeden rok i jeden dzień temu pewien nie tak młody już chłopak do kina poszedł i pamięć odzyskał. Właśnie dziś ten sam, starszy i jeden rok i jeden dzień chłopak znów do kina poszedł i… — podobało mu się. Tym razem padło na film „Łotr 1. Gwiezdne wojny — historie — czyli, umówmy się, epizod trzeci i pół (nie jestem biegły w dziejopisarstwie sagi) barwnej opowieści o zmaganiach Imperium i Rebelii.


film łotr 1 recenzja

„Łotr 1. Gwiezdne wojny — historie” to naprawdę solidny kawał kina wojennego. Odejmijcie cały ten sztafaż, a zostaną, nie przymierzając, „Komandosi z Nawarony”.

 


Nie paląc tematu (wszakże nie mogę wykluczać, iż któryś  z P.T. Czytelników zechce pofatygować się na ten film do kina, chociaż zapewne kto ciekaw, to już coś tam o filmie wie): „Łotr 1”, chyba jak nigdy wcześniej, okazuje się być po prostu… filmem wojennym. Kadry z bitwy na planecie Scarif wyglądały jak przeniesione z lądowania marines gdzieś w Wietnamie, natomiast sama misja (wybaczcie obrazoburcze porównanie) nasunęła mi na myśl wyprawę kapitana Willarda z genialnego „Czasu Apokalipsy”.

Zaskoczenia? A jakże! Po pierwsze ten tak groźnie sepleniący szwarccharakter. Po drugie magia make-upu (prawie dałem się nabrać, że księżniczka Leia ta sama co w 1977 roku — a jednak nie, sprawdziłem.
No i mimo niewątpliwego happy endu (misja się udała, jak wiemy wydarty schemat Gwiazdy Śmierci już 39 lat temu posłużył do jej zniszczenia), klasycznego filmowego happy endu jednak nie ma… To chyba duże novum jak na tę serię.

Jak zatem traktować film „Łotr 1” — jak odprysk super serii? jak odprysk serii, która rozmienia się na drobne?
Mnie na myśl przychodzi jedna odpowiedź: jak kawałek niezłego filmu wojennego, tak, że wreszcie w „Gwiezdnych wojnach” są jakieś gwiezdne wojny. A że producent zażyczył sobie włożenie tego wszystkiego w jakieś futurystyczne ramy, zatem bez ciężkiego CGI ani rusz — no cóż, takie czasy.

PS blisko dwa lata nie byłem w kinie typu „multipleks” (nie licząc „Sausage Party„, którego gdzie indziej nie grali, ale też 15 sierpnia multipleksy wyglądają nieco inaczej). Jak dla mnie koszmar, będę się bardzo starał, żeby kolejny raz był za kolejnych parę lat.

  • b52t

    Jak nie-fan serii mogę tylko napisać, że zostałem zaskoczony tym, że w ogóle ten film był produkowany i, że wszedł już do kina. Choć, jeśli mi się coś nie pokiełbasiło, to Disney comp. będzie teraz zrzucać na ludzi GW/SW co roku, więc franczyza musi zwrócić wydatek na zakupienie praw do serii od Lucas Films.

  • Gdzieś czytałem, że co 2 lata ma być film z wątku głównego i co 2 lata z pobocznego — czyli co rok nowy film. W końcu zanudzą.

  • Właśnie wyczytałem, że jeden z aktorów grających w tym filmie zmarł 22 lata temu… (sic!)

  • b52t

    A może będzie jak z produktami Apple? Czas pokaże (rzekła filozoficznie).

  • Bogiem a prawdą fanem gwiezdnej sagi byłem w czasach trylogii, czyli mając te 12-14 lat (Gwiezdne Wojny, wbrew temu co podaje Filmweb.pl, weszły do kin około 1984 roku, nie w 1997).

    (Teoretycznym) fanem Makintosza też jakoś wówczas ;-) (no może iMac G3 mi się spodobał w swoim czasie).