„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” — recenzja niezakłamana

Pierwsze wrażenie (aż wstyd się przyznać): po jakiemu oni mówią?! Natłok kina anglosaskiego jest tak przemożny, że słysząc włoszczyznę można pomyśleć, że to jakiś nieszczęsny dubbing… przynajmniej mnie naszła taka myśl…

Drugie wrażenie jest znacznie lepsze, a to dlatego, że film „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” (polskie tłumaczenie mocno pachnie Allenem; w oryginale idzie „Perfetti sconosciuti”, co dobrze odnosi się do fabuły) to naprawdę wyśmienite kino włoskie.


Dobrze się kłamie miłym towarzystwie recenzja

„Dobrze się kłamie miłym w towarzystwie” — jeszcze nie „Rozwód po włosku”, już nie „8 1/2”


W dużym skrócie i nie paląc przyjemności: grupa długoletnich przyjaciół, ludzi dojrzałych, spotyka się na kolacji, podczas której podejmuje ryzykowną „grę” — będą sobie czytać wszystkie wiadomości, które przez tych parę godzin przyjdą na ich telefony („czarne skrzynki”). A że są to Włosi, którzy mają temperament iście włoski — afera wisi na włosku. Aż wybucha.

Uwielbiam takie filmy: technicznie prosty, żadnych zbędnych bajerów (w warstwie stylistycznej jak „Rzeź” Polańskiego; rozumiem, że te wszystkie „Łotry 1” powstają w komputerze, nie rozumiem, że bizony też w komputerze) — po prostu siedzą i gadają, a sytuacja od komedii przez farsę przechodzi do dramatu.

Osobiście ten film naprawdę zdecydowanie polecam, bo jest fajnie, mądrze i ciekawie — tak powinno być w każdym kinie.