„Toni Erdmann” — recenzja filmu, że aż zęby można zjeść (ze śmiechu na poważne tematy)

Tego nigdy nie zrozumiem: bardzo dobry film, ale nieanglojęzyczny — więc cudem przemyka się do polskich kin, w dodatku w jakiejś dziwnej kopii (o czym poniżej) — a nawet nie do „kin”, lecz do „kina”, bo we Wrocławiu film „Toni Erdmann” można zobaczyć tylko w jednym przybytku dziesiątej muzy.


Film Toni Erdmann recenzja

„Toni Erdmann” to bardzo zwariowana komedia na poważne tematy — zatrudniony w głównej roli Peter Simonischek odwalił kawał doskonałej roboty!


W dużym skrócie: mocno zwariowany, lubiący się przebierać i robić sobie żarty ojciec odwiedza córkę, która wszystko poświęca dla pracy w korporacji. Początkowy zgrzyt przeradza się w brawurowy coaching w wydaniu jego alter ego, czyli tytułowego Toniego Erdmanna (genialna rola austriackiego aktora — mi oczywiście kompletnie nieznanego — Petera Simonischka) — coaching, którego trybikowa z przodka („komitet sterujący”, „team”, etc.) naprawdę potrzebuje, żeby zrozumieć, że w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze.

Jednak „Toni Erdmann” to film nie tylko dla tych, którzy zatracają się w bzdurnej i nikomu niepotrzebnej pracy — powiedziałbym, że dla nich to masthef i należy mieć to w skedulu — to także kawałek niezłego kina, które po raz kolejny (po „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”) przypomina, że dobry obraz nie potrzebuje fajerwerków i kasowych nazwisk…

I tu właśnie łyżka dziegciu: nie wiem skąd dotarła kopia filmu „Toni Erdmann”, ale to co puszczono dziś we wrocławskich Nowych Horyzontach strasznie irytowało mnie podwójną listą dialogową: angielską i polską. Wygląda to tak jakby polski dystrybutor łatał dziurę ściągając egzemplarz przeznaczony na rynek anglojęzyczny i dokładając polskie napisy — wkurzające.

Niemniej film zdecydowanie polecam, warto spędzić te przeszło 2,5 godziny w kinie (fakt, że śmiało dałoby się ująć dobry kwadrans bez ujmy dla dzieła) — aby zdrowo się uśmiać, a może nawet troszkę pomyśleć.

  • Marcin Data

    Ahem. Polska i angielska ścieżka to raczej wynik tłumaczenia na potrzeby… Nowych Horyzontów. W znaczeniu – festiwalu, bo w takiej dokładnie wersji puszczane są tam filmy nieanglojęzyczne (polskojęzyczne mają wtedy angielskie napisy). Te mniej popularne, puszczane z dodatkowego projektora, a te mające szanse na szerszą dystrybucję – standardowo, w kopii. I tak był pokazywany właśnie Toni Erdmann, którego polska premiera, o ile pamiętam, miała miejsce na festiwalu (kolejne pokazy były w Kazimierzu Dolnym). Dystrybutorem filmu jest Gutek i trudno wymagać, by ponosił dodatkowe koszty na przygotowanie kilku kopii niszowego jednak filmu.

    A sam film – genialny. :)

  • Wydawało mi się, że widziałem parę filmów, które startowały od festiwalu — ale żaden nie wyglądał w ten sposób. Czyżby ten był aż tak niszowy? ;-)

  • Marcin Data

    Nie, ale być może ten był przygotowany specjalnie na potrzeby festiwalu. Tak jak pisałem – nie widzę potrzeby, by ktoś potem przygotowywał kolejną kopię, tym razem jedynie z polskimi podpisami. To JEST niszowy film, jak 95% europejskich produkcji, więc wtedy te podwójne koszty nigdy nie miałyby szans się nawet zwrócić (gdzieś czytałem, że jedna kopia to koszt ok. 2 tys. dolarów, dwie to byłoby już 4 tys. dolarów). Jakby to była dystrybucja cyfrowa, to i dodanie napisów tylko w jednej wersji byłoby prostsze, a i koszty niższe. No i – koniec końców – KNH jako część grupy docelowej ma również przebywających we Wrocku obcokrajowców, więc psioczenie na międzynarodowość jest troszkę bez sensu. ;)

  • KNH jako część grupy docelowej ma również przebywających we Wrocku obcokrajowców, więc psioczenie na międzynarodowość jest troszkę bez sensu

    Może nie widziałem zbyt wielu niszowych niemieckich filmów („Biegnij Lola, biegnij” to chyba nie aż taka nisza), ale parę nieangielskojęzycznych w KNH było mi dane obejrzeć — takie coś pierwszy raz zauważyłem.

    No nic, na „Trainspotting” nie spodziewam się takich cudów (a zęby już sobie ostrzę).