„Balladyna” w Teatrze Capitol — bo czytam Chopina, Słowackiego gram, nie jestem cham!

„Ona ma wianek na głowie…
Czy to kwiaty? Czy sitowie?”
(Juliusz Słowacki, „Balladyna”)

Cóż rzec więcej… „Balladyna” miała swoją premierę w Teatrze Capitol (w adaptacji Tomasza Jękota oraz Silvermoon & Willow oraz reżyserii Agnieszki Olsten, znanej z łamów „Czasopisma Lege Artis” w recenzji „Koniec świata w Breslau”) wczoraj — nas zaniosło do Capitolu dzisiaj — cóż rzec więcej…


Balladyna Teatr Capitol recenzja

Konrad Imiela ze wstydu chowa się za gałązką. Też bym się schował na jego miejscu (fot. (c) Krzysztof Bieliński)


Po pierwsze obsada: toć to prawie pierwsze skrzypce wrocławskiego Teatru Capitol — sam dyrektor Konrad Imiela, Adrian Kąca (świetny w roli Aramisa w „Trzech Muszkieterach”), Błażej Wójcik, Ewa Szlempo. Po drugie sam Juliusz Słowacki — o „Balladynie” chyba nieprzypadkowo mówi się, że była efektem fascynacji wieszcza twórczością Szekspira. Po trzecie…

No niestety, to nie będzie długa recenzja, ale na szczęście sam spektakl też nie był zanadto długi (sześć kwadransów i do domu); wyjdę na starego ramola, ale przypuszczam, że Słowacki mógł nie dożyć czterdziestki właśnie dlatego, żeby nigdy nie być starym ramolem i nie musieć oglądać takich interpretacji swoich dzieł…

W najprostszych słowach: przedobrzone, przekombinowane, niezrozumiałe (ale lojalnie uprzedzam — kim ja jestem, żeby coś rozumieć albo nie rozumieć!?), zmarnowane. Nie dziwię się, że Adrian Kąca założył maskę kompletnie zakrywającą jego twarz — nie dziwię się, że Imiela też próbował ukryć się w krzokach (pewnie było mu głupio po autoplagiacie scen z jego udziałem z „Końca świata w Breslau”…)

Trawestując Piersi (a jakże, niepotrzebnej golizny w nowoczesnym teatrze nigdy nie może zabraknąć):

Czytam Chopina, Słowackiego gram
Nie jestem cham!

PS jako absolwent Liceum Ogólnokształcącego im. Juliusza Słowackiego powinienem chyba pałać szczególną niechęcią do takiego spotwarzenia narodowej chluby — ale wybaczcie, nie mam sił, bo od pewnego momentu myślałem gdzie skoczyć na niedzielny spacer z psem…

PS żeby nie było, że wszystko było złe: fajnie na scenie rysował Olaf Brzeski, niezła była muzyka — choć wydaje mi się, że czasem piosenki były specjalnie dłuższe, żeby zdążyć z całym rysunkiem. Dość ciekawy był też pomysł na piosenkę, którą zaśpiewał Adrian Kąca.

  • PannaNieDoWydania

    W tej krótkiej recenzji zawarł Pan całą gamę moich odczuć względem tego widowiska.
    Bardzo, bardzo, bardzo jestem zawiedziona.
    A większość recenzji – nadzwaczaj pozytywna – dziwi jeszcze bardziej.

  • Cóż, każdemu zdarzają się wpadki. Trzeba też pamiętać, że spektakle grane na Scenie Ciśnień zawsze są ryzykiem samym w sobie — chociaż np. „Życie Mariana” (też w reżyserii A. Olsten) było fajne.

    (Coś mi świta, że „Dżob” został przesunięty na Scenę Ciśnień — akurat ten spektakl idealnie pasuje do dużej sceny.)