Czy prowadzenie wykładów w szkole wyższej to umowa o dzieło?

A skoro parę tygodni wstecz było o tym, że zdaniem SN instrumentalista grający w orkiestrze nie może być zatrudniony na umowę o dzieło, to dziś czas na kilka akapitów o tym czy SN akceptuje prowadzenie wykładów na umowę o dzieło? (wyrok Sądu Najwyższego z 10 lipca 2014 r., II UK 454/13).


prowadzenie wykładów umowa dzieło

Gmach główny Uniwersytetu Wrocławskiego (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


ZUS zakwestionował charakter umowy „o dzieło i o przeniesienie praw autorskich” zawartej pomiędzy Wyższą Szkołą Bankową a wykładowcą. Zdaniem ZUS umowy na wygłoszenie wykładów („od dnia 30 maja 2009 r. do dnia 31 maja 2009 r., od dnia 6 czerwca 2009 r. do dnia 7 czerwca 2009 r., od dnia 20 czerwca 2009 r. do dnia 21 czerwca 2009 r., od 19 czerwca 2010 r. do 20 czerwca 2010 r. oraz od dnia 26 czerwca 2010 r. do dnia 27 czerwca 2010 r.”) nie miały charakteru umowy o dzieło, lecz były po prostu umowami o świadczenie usług, do których stosuje się przepisy o zleceniu, zatem należy od nich odprowadzić składki na świadczenia społeczne.

Odwołanie uczelni zostały prawomocnie oddalone przez sąd: skoro przedmiotem umowy nie był rezultat w postaci przyswojenia wiedzy przez studentów, lecz przekazanie wiedzy w drodze wykładu, to umowa podlegała ocenie z punktu widzenia należytej staranności. Zaś proces dydaktyczny jako sprowadzający się do prezentacji wiedzy przy zachowaniu standardowych metod nie jest procesem twórczym — nie można zatem mówić o jego ochronie na gruncie art. 1 ust. 1 pr.aut. Tymczasem proces nauczania należy kwalifikować jako „odkrycia, idee, procedury”, które są ustawowo pozbawione przymiotu utworu.

Rozpatrując skargę kasacyjną Sąd Najwyższy zauważył, iż w doktrynie prezentowane są różne poglądy, jednak niewątpliwie do utworów nieucieleśnionych można zaliczać m.in. recytację, wykonanie koncertu, inscenizację lub przygotowanie produkcji artystycznej, które nawet jeśli nie są utrwalone w żaden sposób mogą zyskać przymiot utworu — pod warunkiem odpowiedniego zachowania wykonawcy. Jeśli więc przedmiotem umowy jest utwór naukowy chroniony prawem autorskim, zamówienie i wykonanie takiego utworu może odpowiadać umowie o dzieło — a wynikać będzie to z twórczego charakteru rezultatu takiej umowy, mimo braku ucieleśnionej postaci.

Możliwa jest zatem umowa o dzieło, nieobjęta obowiązkiem ubezpieczenia społecznego, której przedmiotem jest wygłoszenie wykładu, pod warunkiem jednak, że wykładowi można przypisać cechy utworu. Te warunki spełnia tylko wykład naukowy (cykl wykładów) o charakterze niestandardowym, niepowtarzalnym, wypełniający kryteria twórczego i indywidualnego dzieła naukowego

Istotne w każdym przypadku jest odróżnienie twórczego efektu pracy wykonawcy od działań odtwórczych, które wprawdzie polegają na wykonywaniu czynności wymagających określonej wiedzy i zdolności do jej przekazania.

Obowiązkiem skarżącego było zatem wykazanie, iż wykładowcy przysługiwały prawa autorskie, które zostały przeniesione w drodze wykładu na rzecz uczelni — prawa autorskie nie powstają przecież wskutek samych oświadczeń stron umowy (to nie klauzula o przeniesieniu praw do utworu decyduje o istnieniu utworu). Skoro zatem uczelnia nie określiła cech indywidualizujących utwór, a zgodnie z umową zasadniczym świadczeniem było nauczanie, to tylko opracowany konspekt zajęć mógł mieć charakter umowy o dzieło.

Zdaniem SN za przyjęciem, że strony zawarły umowę zlecenia świadczył też sposób określenia wynagrodzenia wykonawcy — nie było to wynagrodzenie ryczałtowe lub kosztorysowe (art. 629-632 kc), lecz przyjęto jednolite stawki, co oznacza de facto rozłożenie w czasie umówionej zapłaty.

Stąd też skarga kasacyjna została oddalona — a od siebie mogę dodać, że wbrew pozorom paralela między wykładem a koncertem nie jest taka oczywista, a to dlatego, że muzyk niewątpliwie jest artystą wykonawcą, czego o wykładowcy nie można raczej powiedzieć (no chyba że prowadzi wykłady na uczelni artystycznej i polegają na wykonywaniu utworów).

  • keiran

    Z drugiej strony można powiedzieć dokładnie odwrotnie. Muzyk gra wg nut i wskazówek dyrygenta – miejsca na tą iskrę bożą wiele nie ma. A przy wykładzie? Jest zadany sylabus albo temat, a wykładowca „leci na fristajlu” prawie jak raper. Chyba, że jest starym nudziarzem i czyta ze slajdów czy innych przeźroczy :D