Czy pisanie na drażliwy temat uzasadnia tezę, że portal powinien czuć ryzyko bezprawnych komentarzy?

Kilka tygodni temu pisałem o tym, że dopuszczalne jest pisanie o błędzie lekarskim popełnionym przez chirurga plastycznego, ponieważ prasa ma prawo i obowiązek rzetelnie opisywać rzeczywistość (por. „Czy pisanie o błędzie lekarskim jest dozwoloną krytyką — czy naruszeniem dóbr osobistych?”). Opisywane dziś orzeczenie jest kolejnym, w którym doktor broni swojego dobrego imienia przed publikacjami prasowymi, w którym zarzuca mu się popełnienie błędu lekarskiego.

Korzystając z okazji bierzemy na tapetę następujące kwestie: czy naruszenie dóbr osobistych może wynikać z faktu „popierania” cudzego stanowiska? czy konsekwencje może ponosić wyłącznie bezpośredni naruszyciel, czy także ten kto przyczynił się do pogłębienia negatywnych doznań? czy wiedza o ewentualnej bezprawności komentarzy internautów może być wywodzona z faktu, że pisze się na drażliwy temat? (wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 12 stycznia 2017 r., sygn. akt VI ACa 1579/15).

Zdaniem lekarza opublikowany w portalu internetowym artykuł, w którym zarzucano mu niekompetencję i naruszenie zasad sztuki lekarskiej naruszył jego dobra osobiste w postaci dobrego imienia, czci, wizerunku i prestiżu („rzeźnik”). Rok po opublikowaniu tekstu wezwał redaktor naczelną serwisu do zaniechania naruszenia i przeprosin, a także do zapłaty 20 tys. złotych zadośćuczynienia. W odpowiedzi w portalu ukazał się artykuł, w którym naczelna napisała, że usunęła sporny artykuł, jednak nie będzie przepraszać lekarza za jego treść, zaś żądanie zapłaty zadośćuczynienia nazwała szantażem.

W odpowiedzi lekarz wniósł przeciwko redaktorce powództwo o ochronę dóbr osobistych naruszonych w obu tekstach, żądając zadośćuczynienia, opublikowania przeprosin oraz usunięcia drugiego tekstu (który został skasowany po otrzymaniu pozwu).
Zdaniem pozwanej powództwo powinno zostać oddalone: pierwotny tekst został opublikowany przez użytkownika na blogu prowadzonym w portalu i był przedrukiem z bloga Hanny Bakuły. Redaktorka naczelna nie może być pozwana w sprawie, bo nie jest autorką tekstu, a poza tym powód nie udowodnił naruszenia dóbr osobistych, publikacja była podyktowana interesem publicznym. Portal nie jest prasą, zatem nie maja do niej zastosowania wskazane przez powoda art. 37 i 38 prawa prasowego.

Sąd I instancji co do zasady uwzględnił roszczenia, nakazując publikację przeprosin oraz zasądził 1 tys. złotych zadośćuczynienia. Zdaniem sądu naruszenia dóbr nie można postrzegać w publikacji pierwotnego tekstu, który został usunięty zaraz po powzięciu wiedzy o bezprawnym charakterze (a więc pozwana zastosowała się do dyspozycji art. 14 ust. 1 UoŚUDE).

Do naruszenia dóbr osobistych miało jednak dojść wskutek opublikowania w portalu odpowiedzi na wezwanie — w której napisano o nieudanej operacji i nazwano pismo „szantażem” — a to dlatego, że „ponieważ w upublicznionej odpowiedzi odniosła się merytorycznie do zagadnienia poruszonego w przedrukowanym artykule, popierając wyrażone tam stanowisko [sic!], ponosi odpowiedzialność za ukazanie się na portalu tekstu, w którym zostały naruszone dobra osobiste powoda w postaci jego dobrego imienia, czci, wizerunku i prestiżu jako lekarza”.

art. 15 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną
Podmiot, który świadczy usługi określone w art. 12-14, nie jest obowiązany do sprawdzania przekazywanych, przechowywanych lub udostępnianych przez niego danych, o których mowa w art. 12-14.

Sąd II instancji badając apelacje obu stron zauważył, że art. 24 kc nie ogranicza odpowiedzialności wyłącznie do bezpośrednich sprawców naruszenia dóbr osobistych, ale obejmuje wszelkie działania każdego podmiotu, które powodują lub przyczyniają się do naruszenia lub pogłębienia naruszenia dóbr osobistych. Nie można przy tym żądać od osoby, która żąda ochrony dla swych dóbr osobistych by udowodniła, że usługodawca usługi świadczonej drogą elektroniczną miał wiedzę o bezprawności komentarzy internautów (art. 15 UoŚUDE) — zaś możliwość zwolnienia się administratora z odpowiedzialności na podstawie art. 14 ust. 1 UoŚUDE nie modyfikuje ogólnych zasad rozkładu ciężaru dowodu (art. 24 par. 1 kc). Stąd też to na pozwanej spoczywa ciężar udowodnienia, iż nie wiedziała o inkryminowanych komentarzach internautów przed doręczeniem pozwu.

Zdaniem sądu wiedza administratora o komentarzach, w których doszło do naruszenia dóbr osobistych może wynikać z jego dotychczasowego doświadczenia — publikując tekst o na drażliwy temat usługodawca powinien liczyć się realną możliwością pojawiania się wpisów naruszających dobra osobiste pewnych osób. W takim przypadku wydawca portalu powinien podejmować działania w celu zapobieżenia takim naruszeniom, zwłaszcza jeśli zatrudnione są osoby usuwające wpisy naruszające interesy ekonomiczne serwisu (np. reklamy).

Stąd też pozwana może ponosić odpowiedzialność za naruszenie dóbr osobistych lekarza, albowiem wpis był dostępny przez prawie cały rok, a przecież z jego treści jednoznacznie wynikało, że może on naruszać dobra osobiste powoda. Tymczasem nawet z zeznań pozwanej redaktorki wynika, iż każdy tekst nowego użytkownika przed opublikowaniem przechodzi kolaudację, zatem wyłącznie aprobata dla treści mogła spowodować, że tekst pojawił się w portalu. W takim przypadku nie można zasłonić się wyłączeniem odpowiedzialności z art. 15 UoŚUDE.

Co ciekawe sąd stanął na stanowisku, że powód nie udowodnił, iżby portal był prasą w rozumieniu prawa prasowego (sic!) — albowiem brak mu cechy periodyczności, przeto nie można w sprawie zastosować art. 37-38 prawa prasowego (por. „Czy ministerialny serwis internetowy — publikujący różne przemyślenia polityków — jest prasą?”).

Odmiennie jednak sąd II instancji poczytywał podstawy odpowiedzialności pozwanej: naruszenie dóbr osobistych wynika wyłącznie z długotrwałego tolerowania opublikowanego wpisu, w którym naruszono dobra osobiste lekarza — ale nie z faktu opublikowania tekstu będącego odpowiedzią na wezwanie. Redaktorka miała prawo omówić treść żądań i publicznie się do nich odnieść, kwestionując ich zasadność — usprawiedliwiać zarówno działanie Hanny Bakuły jak i blogera, który przekleił jej wpis.

Stąd też zasadne jest żądanie opublikowania w portalu przeprosin za naruszenie jego dobrego imienia oraz podważenie zaufania w zakresie wykonywanego zawodu — ale nie za rzekome sugerowanie, że lekarz został uznany winnym błędu w sztuce lekarskiej — utrzymano też w mocy wysokość zasądzonego zadośćuczynienia.

Tytułem komentarza: dawno nie omawiałem tutaj bardziej nierównego orzeczenia — odnoszę bowiem wrażenie, że naprawiając bardzo poważny błąd sądu I instancji (założenie, że odpowiedzialność wydawcy może wynikać z faktu aprobowania wyrażonego stanowiska jest po prostu zdumiewające) — zaliczył swoje własne, nie mniej istotne, wtopy, a mianowicie:

  • jak administrator serwisu ma udowodnić, że czegoś nie wiedział? rozumiem, że ewentualne zaprzeczenie można obalić poprzez jakiegoś rodzaju rozumowanie (wiedza może wynikać z innych faktów), ale na pewno żądanie przedstawienia dowodu na własną niewiedzę jest pomysłem dość kuriozalnym;
  • ryzykowna wydaje mi się teza, iżby pisanie na drażliwe tematy uzasadniała wiedzę o potencjalnie ryzykownych komentarzach — może założenie moje wynika z mojego własnego doświadczenia (raczej nie unikamy tu drażliwych tematów, a jednak poziom komentarzy nie odbiega od najwyższych standardów);
  • oczywiście odpowiedzialność pozwanej redaktorki może wynikać z faktu uprzedniej akceptacji posta blogera — jeśli tak, to mylące (i niepotrzebne) są rozważania o wiedzy wynikającej z drażliwości tematu operacji Hanny Bakuły;
  • paradny jest koncept, iżby portal internetowy nie był prasą, ponieważ… brak mu periodyczności — akurat nie wyobrażam sobie serwisu internetowego, który nie byłby aktualizowany, a jeśli nawet aktualizacja następuje w nierównych okresach?
  • oczywiście nie wiem dlaczego sąd nie dostrzegł interesu publicznego w publikacji tekstów polegających na krytyce nieudanego zabiegu (ten temat został wyłuszczony w tekście o uprawnionej krytyce lekarza);
  • zadośćuczynienie… to już jest historia sama w sobie…
  • b52t

    Miałem podobne wątpliwości, co Szanowny RedNacz, czytają omówkę

  • fisz

    Skoro ów portal nie jest prasą, to kim jest ,,redaktor naczelny”?

  • Cóż, być może sąd przepisał za pozwem, nazywając pozwaną tak, jak określił ją powód.

    Nb. osobiście uważam, że „redaktor” (potocznie) to, niezależnie od tego czy jakieś medium jest prasą w rozumieniu pr. prasowego czy nie, każda osoba, która decyduje o treści. Nawet serwis internetowy nie-prasowy może mieć redaktora (imho).

  • Adam314

    Książki też mają redaktorów, w szczególności encyklopedie pisane i redagowane przez wiele osób mają redaktora naczelnego. Nie są jednak prasą. Tak więc o ile czasopismo musi posiadać rednacza, o tyle istnienie takiego nie oznacza, że redagowany podmiot staje się czasopismem. :)

  • ajax

    Przed wielu, wielu laty ukazywało się „coś” co wyglądało jak czasopismo, było sprzedawane jak czasopismo, służyło do tego samego co i czasopismo. Jedynie brakowało typowej periodyczności, bowiem było 100%-towym „nieregularnikiem”. Mam nawet gdzieś w szafie z makulaturą kilkanascie numerów, choć tytuułu juz nie pamiętam. Dla mnie to była prasa z całkiem na owe czasy niezłymi tekstami. Ale czy dla sądu także?

  • O, całkowicie słuszna racja :)