Czy pracownik po zwolnieniu może — zamiast odwołać się do sądu pracy — prosić o mediację arcybiskupa?

Terminy, terminy… Bez dwóch zdań na nic zdadzą się najwymyślniejsze koncepcje prawnicze jeśli intendentura nie będzie nadążać — stąd każdemu młodemu (i nie tylko) prawnikowi trzeba kłaść do głowy, że pierwszą rzeczą do sprawdzenia jest upływ czasu (czy nie przedawnione? czy nie przekroczono?). Niedochowanie terminu położyło wiele potencjalnie wygranych spraw — także jeśli w rachubę wchodziło odwołanie od wypowiedzenia umowy o pracę — gorzej, że bardzo często ex-pracownik potrafi sam tak się zakręcić, że sam już nie wie o co mu właściwie chodziło.
Dziś jednak inny ciekawy przypadek: czy niedochowanie terminu do złożenia odwołania od wypowiedzenia stosunku pracy może być uzasadnione próbą mediacji — a dokładnie: jeśli pracownik, zamiast po prostu złożyć pozew do sądu pracy, idzie do arcybiskupa, licząc, że przewielebny wskóra coś u przełożonego?

wyrok Sądu Najwyższego z dnia 29 września 2016 r. (III PK 149/15)
Jeżeli pracownik świadomie pominie drogę sądową, to musi się liczyć z niedochowaniem terminu z art. 264 kp. Jednak podjęcie przez pracownika próby mediacji z organem prowadzącym szkołę, może w szczególnych okolicznościach przemawiać za brakiem winy w złożeniu odwołania po terminie i uzasadniać przywrócenie terminu (art. 265 kp).

Pozwana szkoła rozwiązała umowę o pracę z nauczycielem przysposobienia obronnego jako przyczynę wypowiedzenia wskazując nieusprawiedliwioną nieobecność na radzie pedagogicznej. Zwolniony nauczyciel odmówił przyjęcia wypowiedzenia, nie podpisał się nawet pod kopią (bo nie zgadzał się z jego treścią).
Po tygodniu nauczyciel poszedł do arcybiskupa ( kuria jest organem założycielskim i prowadzącym pozwaną szkołę) i poprosił o interwencję; duchowny zapewnił, że z dyrektorem szkoły porozmawia, ale nie obiecał mu udzielenia pisemnej odpowiedzi w żadnym terminie. Po kolejnych kilku dniach arcybiskup widział się z dyrektorem (księdzem), więc zapytał go o sprawę, a zwłaszcza o to czy zwolniony ma jakieś środki utrzymania (jako ex-wojskowy miał emeryturę lub rentę wojskową).
A ponieważ nauczyciel stwierdził, że w jego sprawie nic się nie dzieje, wrócił — 4 tygodnie po wypowiedzeniu — do sekretariatu szkoły po dokument wypowiedzenia, aby złożyć odwołanie od wypowiedzenia.

Sąd prawomocnie oddalił powództwo ze względu na uchybienie terminu na wytoczenie powództwa do sądu pracy (art. 264 kp): termin na wniesienie odwołania należy liczyć od daty wypowiedzenia, nie od daty, kiedy nauczyciel wrócił do pracodawcy po dokument wypowiedzenia. Powód znał treść oświadczenia chlebodawcy, wiedział, że jest ono skuteczne, bezpodstawnie przyjął, że rozmowa z arcybiskupem — który nie jest jego pracodawcą (art. 3(1) kp) — może zmienić decyzję dyrekcji szkoły. Gdyby to pracodawca zwodził pracownika co do możliwości cofnięcia wypowiedzenia, pracownik nie mógłby ponosić konsekwencji wprowadzenia go w błąd co do możliwości polubownego zakończenia sporu, ale w tej sytuacji nie można skutecznie domagać się przywrócenia terminu do wniesienia odwołania do sądu pracy.

Co ciekawe zdaniem sądu pracy co do zasady żądanie przywrócenia do pracy było zasadne (art. 45 par. 1 kp): wskazana przyczyna wypowiedzenia jest nierzeczywista (pozorna) i stanowiła wyłącznie pretekst. Powód nie zjawił się na radzie pedagogicznej albowiem nie został prawidłowo poinformowany o zmianie terminu posiedzenia, zarazem jednorazowa nieobecność w przypadku wieloletniej nienagannej pracy jest przyczyną nikłej wagi.
Jednakże niedochowanie terminu do wniesienia odwołania do sądu pracy — przy braku przesłanek do przywrócenia terminu (art. 265 kp) — skutkuje oddaleniem powództwa, niezależnie od tego czy pracownik ma rację w sporze.

Badając skargę kasacyjną Sąd Najwyższy zauważył, że zważywszy na bardzo krótki termin na wniesienie odwołania do sądu pracy (przypominam, że od 2017 r. termin z art. 264 kp wynosi już 21 dni) — co sprzyjać ma pewności prawa i dyscyplinować pracownika w zakresie korzystania ze swoich uprawnień — może zostać przywrócony jeśli pracownik uchybił mu bez swojej winy. Winę pracownika należy natomiast rozpatrywać w ujęciu subiektywnym — oceniać należy indywidualną decyzję pracownika (przyczynę, dla której nie wniósł odwołania w określonym czasie) — nie zaś w ujęciu obiektywnym (bezprawności, naruszenia normy).
Oznacza to, że brak winy nie jest wykluczony jeśli pracownik wie, że powinien już złożyć odwołanie do sądu pracy — ale tego nie czyni, bo w jego ocenie istnieją inne okoliczności uzasadniające wstrzymanie złożenia pozwu.

Zdaniem SN taka właśnie okoliczność miała miejsce w tej sytuacji: nauczyciel, który zdaniem sądu po prostu nie chciał bruździć, mógł być przekonany, że rozmowa z arcybiskupem (organem nadzoru nad szkołą, przypominam) mogła zmienić decyzję dyrektora (księdza, przypominam), zatem — także ze względu na zamiar niezaogniania sytuacji — brak decyzji odmownej mógł uznać jako szansę na polubowne zakończenie sporu. Podjęcie próby mediacji może być traktowane jako usprawiedliwiona przyczyna przekroczenia ustawowego terminu na wniesienie odwołania do sądu pracy. Co więcej powód nie czekał na decyzje w nieskończoność: przekonany, że mediacja się nie uda, odebrał dokument wypowiedzenia i od razu złożył odwołanie.

Z tej przyczyny Sąd Najwyższy — wychodząc z założenia, że istniały jednak przesłanki do przywrócenia terminu do wniesienia odwołania od wypowiedzenia umowy o pracę — uchylił zaskarżony wyrok, zatem sprawa wraca do merytorycznego rozpoznania przez sąd II instancji.

  • RYBY

    Ciekawe, czy gdyby to nie był biskup i ksiądz-dyrektor SN wydałby taki sam wyrok?
    Gdyby szkoła była powiatowa, a nauczyciel poszedłby do starosty?
    Dziwna logika.

  • Znam przypadki, w których termin ten przywrócono ze względu na próbę bezpośredniego dogadania się z pracodawcą — dopóki pracownik prosił, a chlebodawca go zwodził, dopóty przysługiwało prawo przywrócenia terminu. Więc może arcybiskup nie był aż taki konieczny :)