„Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju”, David Van Reybrouck — recenzja

Na początku była fascynacja dziennikarstwem, reportażem; wzorcem — odkryte pacholęciem nastoletnim — książki Ryszarda Kapuścińskiego („Cesarz”, „Wojna futbolowa”, „Szachinszach” — do dziś klasyka klasyk). Później były niezliczone egzemplarze „National Geographic” (pod których ciężarem połamał się regał), a później… długo długo nic. Chyba efekt przesycenia, wszystko już było, nie dziwi nic (no dobra, są — inne, ale świetne — książki Mariusza Szczygła oraz wielka nadzieja białych — Filip Springer).

Stąd nie powinno dziwić, że jak tylko na moim czytniku pojawiła się książka „Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju” (autorstwa Davida Van Reybroucka), to po prostu nie mogłem odpuścić.


Kongo Opowieść zrujnowanym kraju Reybrouck recenzja

„Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju”, David Van Reybrouck


Dla jasności: ta książka ma dwa oblicza, ale może wynika to z faktu, że najbardziej lubię historię pierwszej świeżości — czyli wiek XX (oraz to, co miało wpływ na wiek XX). Stąd też pierwsze długie chwile przy lekturze były… chwilami długimi (mało brakowało, a książka poleciałaby na półkę z niedokończonymi). Na szczęście cierpliwość przy opowieściach o Stanleyu i Livingstonie oraz niejasnymi wywiadami z najstarszymi mieszkańcami Wolnego Państwa Kongo, którzy może nawet wydzieli samego Stanleya, jest nagrodzona — czytelnik dociera do lat powojennych…

Tu robi się naprawdę interesująco, o ile można tak powiedzieć o kraju tak dotkniętym przez los i ludzi:

  • najpierw Patrice Lumumba, ojciec niepodległości Kongo, który obiecywał zdławienie kolonialnego chaosu, ale rychło sam rozpętał taki chaos, który… właściwie trwa do dziś. Zamordowanie Lumumby pół roku po objęciu stanowiska premiera (którym był kilka tygodni, ale zdążył wystąpić do ZSRS z apelem o interwencję) było ledwie zapowiedzią erupcji brutalnej przemocy;
  • od tego momentu — mówiąc wprost: od dekolonizacji — zaczyna się upadek Kongo. Najpierw exodus Belgów i innych białych, później secesja Katangi (ciekawy epizod: Belgowie świętujący zamach na JFK (bo Amerykanie poparli siły ONZ zwalczające secesjonistów), jeszcze później kompletny rozkład gospodarki, która cofnęła się w rozwoju o lata;
  • jak często się zdarza władzę bierze ten silny, prawy i sprawiedliwy — wybawca, który może ukrócić spory: Mobutu Sese Seko. Po drugim przewrocie (w 1965 r.) władzy już nie oddaje, pozostaje u steru na 32 lata. Jak przystało na „oświeconego” dyktatora — zmienia nazwę państwa (które zwać ma się Zaïre), zmienia język i obyczaje (nie wolno nosić krawatów, modne mają być abacost, coś pomiędzy mundurkiem Mao a marynarką Nehru; nie bez kozery każdy czarny charakter w Bondzie nosi takie cuś);
  • jakim cudem Mobutu utrzymał się przy władzy aż do 1997 roku? Do perfekcji, jak pisze Van Reybrouck, opanował zdolność lawiracji — między blokiem wschodnim (świetnie dogadywał się z drugim lawirantem, Nicolae Ceaușescu) i Amerykanami, dla których odgrywał antykomunistę;
  • najczarniejszy czas Kongo zaczyna się jednak po ludobójstwie Tutsi w sąsiedniej Rwandzie oraz odsunięciu od władzy Mobutu przez wiecznego rewolucjonistę Laurenta Kabilę — od tego momentu terytorium Kongo (kraju, ale czy państwa? — jak dobrze pyta Van Reybrouck) staje się polem niezliczonych najazdów wojsk ościennych, wojen plemiennych, rzezi organizowanych przez prywatne partyzantki i milicje, odwetów, etc. etc. — głównie dla eksploatowania surowców naturalnych (koltan!);
  • sumarycznie — także dzięki olbrzymim, sponsorowanym przez społeczność międzynarodowym — wyborom w tym zrujnowanym kraju rządzą elity pod wątpliwym przywództwem Josepha Kabili (syna Laurenta), które chętnie fundują sobie wysokie diety parlamentarne oraz wyposażają w terenówki — chociaż samo Kongo zajmuje 6. miejsce od końca wg wskaźnika rozwoju społecznego (HDI), 7. miejsce od końca w rankingu Fragile State Index

Obraz mocno posępny i mało optymistyczny — zwłaszcza, że jaśniejszej przyszłości nie widać — natomiast „Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju” naprawdę warto przeczytać, chociaż moim zdaniem (także ze względu na objętość, w papierze jest tego 830 stron) można zacząć lekturę niekoniecznie od samego początku.

  • b52t

    A. Bourdain w jednym odcinku z serii „Places unknown” odwiedził Kongo, obraz był oszałamiający. Państwo, które stanęło (albo jak kto woli cofnęło) się w rozwoju gospodarczym. Linie kolejowe, która jedynie sporym wydatkiem zainteresowanych pracowników w ogóle i jakkolwiek działają. Biblioteka po~belgijskiej instytucji naukowej, o którą walczą pracownicy. Ogólny wydźwięk: za Belgów było lepiej.

  • To smętna prawda, ale już 25 lat temu mawiało się, że w wielu państwach Afryki jest gorzej — gorzej ludziom — niż za kolonializmu.

    Zresztą Reybrouck pisze, że w połowie l. 50-tych powstał (w Belgii) śmiały plan „niepodległości za 30 lat”, który niestety bardzo przyspieszył (i w ogóle się nie udał).

  • Mam ją na liście, niedawno kupiłem na promocji. Przesunę ją wyżej, bo wpasowuje się w moje oczekiwania.