O tym, że projekt „uzdrowienia” SN gwałci zasadę trójpodziału władzy

Krótko i na temat, w konwencji felietonistycznej — dlaczego projekt posłów PiS na „uzdrowienie” Sądu Najwyższego to łgarstwo i pomyłka, w punktach:

  • reguła, że sędziowie SN są tak długo sędziami jak spodoba się to politykowi (mam na myśli plan przeniesienia sędziów w stan spoczynku, chyba że Minister Sprawiedliwości „wskaże” tych, którzy pozostaną w stanie czynnym, art. 87 par. 1 projektu ustawy o SN) to najjawniejsze pogwałcenie zasady trójpodziału władzy, niezawisłości sędziów i niezależności sądów;
  • rację mają krytycy przyjętego modelu trójpodziału (w tym niżej podpisany ;-) — że pełen trójpodział to niepołączalność stanowisk w rządzie i administracji z mandatem parlamentarzysty, być może nawet zakaz przedstawiania rządowych projektów ustaw (legislacja od A do Z powinna przebiegać w parlamencie, rząd powinien wyłącznie wykonywać prawo);
art. 10 Konstytucji RP
1. Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.
2. Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały.
  • tymczasem nasza konstytucja używa pojęcia „trójpodział władzy” — ale wprowadza w błąd, bo sama trójpodział ten przekreśla — niedostatecznie separując poszczególne segmenty władzy, pozwalając na wzajemne przenikanie się instytucji;
  • być może rację mają krytycy sądownictwa, których zdaniem sędziowie nie zawsze wykazują czujność w kwestii własnej niezależności i niezawisłości — prezes sądu, który odbiera polecenia od wpływowego polityka, to zawsze skandal i hańba;
  • czy odpowiedzią na te bolączki jest projekt nowej ustawy o SN, zakładający m.in. odwołanie wszystkich sędziów i pozostawienie tych, którzy pasują ministrowi Ziobrze?
  • Richard Czarnecki powiedział (dziś rano w radiu), że przecież w USA też polityk — prezydent — decyduje o obsadzie stanowisk w Sądzie Najwyższym — jednak to typowa półprawda w służbie kłamstwa: prezydent nominuje sędziów, aczkolwiek wyłącznie pod warunkiem uzyskania „advice and consent” senatu — bez zgody izby wyższej Kongresu nominacja nie dojdzie do skutku; konstrukcja ta obejmuje powołanie na stanowisko sędziowskie — prezydent nie może natomiast sędziów odwołać (utrata stanowiska może nastąpić wyłącznie w drodze impeachmentu) — tymczasem zaprezentowany projekt jest o wyrzuceniu niefajnych sędziów z SN;
  • tymczasem projekt posłów PiS nie przewiduje większej przejrzystości w powoływaniu sędziów SN — być może skopiowania schematu — lecz zakłada wprowadzenie reguły wręcz przeciwnej: wiele ma się zmienić, byle dużo zostało po staremu: starych „złych” sędziów się odwoła, aby przy użyciu tych samych procedur dokooptować nowych (i pozostawić tych, których lubi minister);
  • dla przypomnienia: cały trójpodział z założenia nie ma służyć temu, by politykom było łatwo i przyjemnie — trójpodział to celowa konstrukcja narzucająca konieczność uzyskania konsensusu poszczególnych segmentów władzy; równowaga oznacza balans — nie: równy, marszowy krok, ruki pa szwam.

Reasumując: czy być może kulawy i niedoskonały trójpodział władzy oznacza, że można go do reszty przekreślić? Moim zdaniem wręcz przeciwnie — należy przyklasnąć każdej inicjatywie, która zakładać będzie wzmocnienie trójpodziału (co będzie oznaczało osłabienie władzy!), jednak przedstawiony projekt nowej ustawy o Sądzie Najwyższym idzie zdecydowanie w przeciwnym kierunku.

A to oznacza, że jest to projekt zły i szkodliwy.