Czy tabliczka „WEJŚCIE NA WŁASNE RYZYKO” zwalnia właściciela stadniny z odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez konia?

Jakiś czas temu omawiałem wyrok, z którego wynika, że właściciel psa ponosi odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną przez jego zwierzę, zwłaszcza jeśli na płocie nie powiesił tabliczki ostrzegawczej. Dziś zatem kilka zdań w kwestii: czy zawieszona u wejścia do stadniny tabliczka w rodzaju „WEJŚCIE NA WŁASNE RYZYKO” zwalnia właściciela koni z odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez zwierzę? (wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi z 8 kwietnia 2015 r., sygn.akt I ACa 1472/14).


tabliczka wejście własne ryzyko

Właściciel stadniny nie może zwolnić się z odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez zwierzę (art. 431 kc) powołując się na zignorowanie przez poszkodowanego tabliczki „wejście na własne ryzyko” (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Kobieta podczas rodzinnej wycieczki (z córką i wnuczkami) skorzystała z możliwości obejrzenia koni w stajni położonej przy jednym z hoteli. Okazja polegała na tym, że w hotelu pracowała znajoma córki, której partner był instruktorem jeździectwa, który zgodził się pokazać zwierzęta.

Pokaz skończył się wypadkiem: prowadzony koń przypadkowo potrącił kobietę, która upadła, a wówczas zwierzę zawadziło ją kopytem, powodując m.in. zaklinowane złamanie szyjki lewej kości udowej i złamanie kości ogonowej. Kobiecie trzeba było usunąć głowę kości i wszczepić endoprotezę stawu biodrowego, po czym jej uszczerbek na zdrowiu oceniono na 40%. Kobieta przez 3 miesiące wymagała pomocy innych osób, w tym przy czynnościach higienicznych, ubieraniu się, co łącznie zajmowało ok. 4 godziny dziennie. Dalszą konsekwencją wypadku była konieczność rehabilitacji, a także dostosowania mieszkania do stanu jej mniejszej sprawności.

Poszkodowana wezwała hotel do zapłaty 200 tys. złotych tytułem odszkodowania i zadośćuczynienia, jednak hotel odmówił spełnienia roszczeń — bo pracownicy nie potwierdzili, że doszło do wypadku, a kobieta nie była gościem hotelu, zaś w stajni pojawiła się na własne ryzyko — ignorując tabliczkę, która informowała o niebezpieczeństwie.

art. 431 par. 1 kc
Kto zwierzę chowa albo się nim posługuje, zobowiązany jest do naprawienia wyrządzonej przez nie szkody niezależnie od tego, czy było pod jego nadzorem, czy też zabłąkało się lub uciekło, chyba że ani on, ani osoba, za którą ponosi odpowiedzialność, nie ponoszą winy.

Sprawa trafiła do sądu, który prawomocnie zasądził na rzecz poszkodowanej 100 tys. złotych tytułem zadośćuczynienia oraz 5 tys. złotych odszkodowania. Odpowiedzialność pozwanego hotelu wynika z art. 431 par. 1 kc, w myśl którego każdy, kto zwierzę chowa albo się nim posługuje, — na przykład utrzymuje w celu zapewnienia gościom hotelu rozrywki — obowiązany jest do naprawienia szkody wyrządzonej przez to zwierzę „własnym popędem”.

Skoro zatem konie były pod opieką przyhotelowej stadniny, a pieczę nad nimi sprawował zatrudniony instruktor jeździectwa, zaś uraz został spowodowany poturbowaniem przez konia — to nie ma znaczenia czy koń się tylko otarł o kobietę i czy był agresywny — nie ma też znaczenia czy na drzwiach stadniny była tabliczka ostrzegająca o niebezpieczeństwie — liczy się to, że wchodząc na teren stadniny z pracownikiem hotelu nie można powiedzieć, że zrobiła to na własne ryzyko. Korzystając z zaproszenia instruktora miała prawo czuć się bezpiecznie, zaś tylko od umiejętności pracownika stadniny zależało, by gościom nie stała się krzywda.

Przyczyną wypadku była nieostrożność instruktora, który początkowo wyprowadził konia na kantarze, ale wkrótce go puścił, ufając, że koń nie jest groźny i zachowa się w sposób przewidywalny. Doświadczony instruktor powinien przewidzieć, że koń może się spłoszyć i potrącić człowieka, a konsekwencje kopnięcia mogą być tak dotkliwe. Oznacza to, że nie dochowano należytej staranności przy chowaniu zwierzęcia.

Co do kwoty zadośćuczynienia: sąd podkreślił, że w przypadku uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia osobie pokrzywdzonej należy się zadośćuczynienie (art. 445 par. 1 kc w zw. z art. 444 kc) — przy czym zadośćuczynienie nie musi być zasądzone w „umiarkowanej wysokości” ani też odpowiadać „aktualnym warunkom i przeciętnej stopie życiowej społeczeństwa” — rolą zadośćuczynienia jest bowiem kompensacja krzywdzie. Stąd w relacji: chorująca już wcześniej emerytka — spółka o przychodach ok. 2 mln złotych rocznie, która w dodatku bezkrytycznie podeszła do zdarzenia, odpowiednią kwotą było 100 tys. złotych.

Reasumując: nawet powieszenie tabliczki informującej o niebezpieczeństwie na jakie narażają się osoby przebywającej przy zwierzętach nie oznacza zwolnienia z odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez zwierzę — a to dlatego, że inne są przesłanki egzoneracji wskazane w art. 431 par. 1 kc.

  • patchworked

    Zupełnie z ciekawości – czy w polskich warunkach hotel ma teraz prawo/szansę do odzyskania tych pieniędzy od instruktora lub jego ubezpieczyciela, jeśli posiadał odpowiednią polisę OC? Czy też to zależy od formy zatrudnienia (etat, umowa-zlecenie lub praca w oparciu o własną działalność)?

  • GieKa

    A co z tabliczkami typu uwaga zły pies? Powiedzmy że jest bramka z taką tabliczką, nie jest zamknięta. Wchodzę i gryzie mnie piesek. A są jeszcze jakieś zabawne tabliczki typu ja dobiegam do furtki w 5 sekund a ty. Bo z powyższego można wywnioskować że wszelkiej maści tabliczki postawione przez prywatną osobę czy podmiot nic nie znaczą.

  • Jeśli to pracownik etatowy i można mu przypisać winę umyślną, to art. 122 kp, jeśli da się zakwalifikować jako umyślność, to art. 120 kp.

    Przerzucenie ryzyka na ubezpieczyciela — tak jak stoi w polisie (jeśli ją ma).

  • Usher

    To są inne przypadki. W omawianej sprawie zachodzi przypadek, że osoba postronna weszła na teren stadniny z pracownikiem hotelu. W przypadku tabliczki „zły pies” byłoby podobnie, gdybyś wszedł za furtkę z mieszkańcem (bardzo podobnie) czy w jakikolwiek inny sposób został zachęcony do wejścia (mniej podobnie).

  • GieKa

    Mi bardziej chodziło o „moc” tabliczek typu Uwaga zły pies, Teren prywatny, Zakaz wstępu ustawianych przez zwykłego obywatela. Czy to ma jakiekolwiek odbicie prawne? Czy to tylko „ozdobnik”?

  • Na logikę bym powiedział, że sama w sobie tabliczka kompletnie nie ma znaczenia — bo nie może równać się wyłączeniu winy (z art. 431 par. 1 kc). Ale już prawidłowe zabezpieczenie podwórka plus tabliczka — raczej tak.

  • Borek

    Zawsze można powiedzieć, że skoro ktoś wszedł to oczywiste że podwórko nie było prawidłowo zabezpieczone.

    Miałem kiedyś taki cyrk w pracy, aczkolwiek sprawa się o sąd nie oparła. Wygradzaliśmy obszar wokół komina pewnej elektrowni, taki w promieniu ok. 100m (lub do najbliższej ściany) – wszystko pod okiem lokalnego inspektora BHP. Taśmy od słupka do słupka, tabliczki z ostrzeżeniem, pachołki, ogólnie przyjęty standard. Dostaliśmy potwierdzenie na piśmie że jest dobrze i zaczęła się praca.

    Po trzech godzinach przyplątał się inny inspektor i z twarzą do nas, że co to ma być?! Źle zabezpieczony teren, ludzie przechodzą mimo taśm, tabliczek i naszych upomnień – tak to niestety wygląda, że ludzie lezą dopóki fizycznie mogą. Na nic ostrzeżenia, oznaczenia i delikatne przeszkody, szczególnie w jakichś dużych zakładach gdzie pracownicy i tak regularnie są w różnych nieprzyjemnych strefach. Gość olał potwierdzenie wystawione przez kolegę, nas wyprosił z zakładu i zlecenie zawisło na jakiś czas.

    Nie wdając się w dalsze detale – w ciągu kwartału i tak stanęło na naszym, a facet wyleciał dyscyplinarnie.

  • Usher

    Zawsze można powiedzieć, że skoro ktoś wszedł to oczywiste że podwórko nie było prawidłowo zabezpieczone.Nie zawsze. Nie o to chodzi, że się dostał, tylko o to, w jaki sposób się dostał – czy mógł to zrobić przez nieuwagę, np. opierając się o niedomkniętą furtkę, czy musiał to zrobić celowo, np, wchodząc na wysokie ogrodzenie czy na drzewo.
    W przytoczonym przypadku zabezpieczenie mogło być wystarczające, gdyby ktoś chodził wzdłuż prowizorycznego ogrodzenia i przeganiał ludzi. Jeśli jednak było wiadomo, że ludzie tamtędy chadzają na skróty, to zupełnie możliwe było przypadkowe zerwanie taśmy, a potem już działanie z rozpędu (bo co się będę wracał i lazł naokoło), więc trzeba było pomyśleć o jakichś barierkach czy innych płotkach (jak wokół Sejmu) przynajmniej tam, gdzie uparcie leźli ludzie.

  • Borek

    Z jednej strony masz rację, najchętniej postawiłbym płotki, aczkolwiek te 300-400m płotu to nie jest fajna zabawa. Z drugiej zaś – wszystko było wykonane zgodnie z wytycznymi zakładu energetycznego i odebrane przez osobę nadzorującą bez zastrzeżeń. I co wtedy? Na wypadek zerwania taśmy tablice ostrzegawcze były co kilkanaście metrów zawieszone niezależnie od taśmy, nie dałoby się wejść na terem i o tym nie wiedzieć – chyba że ktoś jest niewidomy.

    Zresztą mobilny płotek też obejdziesz bez problemu, a rozstawienie nawet 3-4 ludzi wyłącznie do biegania i przeganiania przechodniów jest niestety nierealne. To nie Chiny.

    Jeżeli są wyraźne ostrzeżenia i przeszkody to ludzie powinni je szanować, tak jak ma to miejsce choćby w Japonii. W końcu to nie jest ozdoba. A jeżeli mimo to kombinują jak by tu obejść, no to ja jednak jestem zdania że na własną odpowiedzialność. Jakoś na drodze nie jest żadnym usprawiedliwieniem, że kierowca wpadając na skrzyżowanie nie widział czerwonego. ;)

  • Usher

    Wytyczne nie zawsze są wystarczające. Weź np. potwierdzenie przelewu z banku. Plik pdf nie musi być podpisany certyfikatem cyfrowym, ale już sprawa Amber Gold dowiodła, że być powinien, aby uniknąć przedstawiania sfałszowanych dokumentów. Następnie pojawił się spam zawierający szkodniki w plikach pdf rzekomo z banku i co – i nic. Banki nadal nie podpisują dokumentów, a niektóre nawet rozsyłają korespondencję w sposób bardziej nieudolny, niż to robią szkodniki.

    Ponieważ ciągle zmieniasz warunki brzegowe, to dodam, że zabezpieczenia powinny być stosowne do okoliczności w ogóle (nie tylko do samego stopnia zagrożenia). Przykładowo przy pracach planowych większość zabezpieczeń może wziąć na siebie zleceniodawca (np. ostrzec pracowników przez radiowęzeł, dać strażnikom nadgodziny do pilnowania terenu prac), ale wykonawca prac awaryjnych musi sam być przygotowany na największą katastrofę choćby w ten sposób, że zarządzi, czyjej i jakiej pomocy w wykonaniu zabezpieczeń potrzebuje.

    Wygląda zatem na to, że w początkowym przypadku chodziło o podział odpowiedzialności – jeden inspektor uznał, że jako przedstawiciel zleceniodawcy część działań bierze na siebie, drugi próbował zwalić całą odpowiedzialność na wykonawcę. Być może pierwszy inspektor nie poinformował służby BHP, jakie ma działania podjąć, ale chyba też nie mieliście na piśmie jego zobowiązania, że jakiekolwiek działania podejmie.

  • chciał wziaść w łapę