Stephen E. Ambrose: „D-Day” i „Obywatele w mundurach” — recenzja

A skoro jakiś czas temu było o filmie pokazującym przypadki ewakuacji wojsk brytyjskich z Dunkierki w 1940 r.a contrario czas na dwie książki o drugim końcu tego samego kija: „D-Day. 6 czerwca 1944 r.” oraz „Obywatele w mundurach” autorstwa Stephena E. Ambrose — czyli jak to było kiedy alianci wracali na kontynent w 1944 r. — i aż do maja 1945 r.


Obywatele mundurach d-day Ambrose recenzja

„Obywatele w mundurach”, Stephen E. Ambrose


„D-Day”, jak sam tytuł wskazuje, to opowieść o inwazji w Normandii — o wysiłku (w Polsce pewnie byłaby mowa o „cudzie”) udało się dokonać desantu na bronionych wybrzeżach Atlantyku. W „Obywatelach w mundurach” przedzieramy się — razem z uczestnikami walk, raczej szeregowcami, sierżantami i porucznikami, niż z Eisenhowerem, Bradleyem, Pattonem i Montgomerym — przez normandzkie żywopłoty, odpieramy ofensywę w Ardenach, przechodzimy linię Zygfryda, forsujemy Ren.

Przy okazji Ambrose stawia — wzmiankowaną w tytule — ciekawą tezę: armia amerykańska była armią obywatelską (nawet jeśli niekoniecznie ochotniczą, por. Selective Training and Service Act), co było największą różnicą w porównaniu do wojsk niemieckich czy radzieckich. Miało to wpływ zarówno na traktowanie żołnierzy przez dowódców (brak szafowania życiem ludzkim, brak drakońskich kar dla dezerterów), jak i traktowanie przeciwnika. Hitler cały czas uważał, że synowie demokracji nie będą mieli tyle zapału do walki co zindoktrynowani przez nazizm fanatycy — w ostateczności wystarczy jakiś wcielony do Wehrmachtu jeniec (względnie folksdojcz) — tymczasem okazało się, że brytyjski spryt i amerykański przemysł i zapał były silniejsze.

W „Obywatelach” Ambrose nie analizuje precyzyjnie przyczyn decyzji strategicznych, które zadecydowały o takim a nie innym obrazie tzw. drugiego frontu, ale poświęca sporo uwagi kilku aspektom, z których zwróciłbym uwagę na takie kwestie:

  • dlaczego Hitler tak uporczywie bronił się także na froncie zachodnim, chociaż zdaniem większości jego dowódców całość sił powinna iść na wschód, a im więcej ziem niemieckich zajęliby Amerykanie tym lepiej (i im więcej jeńców wezmą Amerykanie, tym lepiej)? — raz, że cały czas liczył na konflikt pomiędzy aliantami i Stalinem, w którym widział się jako sojusznika Waszyngtonu i Londynu, dwa, że cały czas czekał na swoją Wunderwaffe, która miała obrócić przebieg wojny (samolot odrzutowy, rakiety V-1 i V-2);
  • dlaczego Hitler nie użył broni chemicznej, której duże zasoby były zgromadzone na froncie? — tego rzecz jasna nie wiadomo, ale być może podpowiedzi można szukać w końcówce I Wojny Światowej, kiedy to gefrajter został porażony gazem musztardowym, po czym prawie stracił wzrok (jest też druga teza — że wzroku nie stracił, ale oszalał);
  • dlaczego Amerykanie nie parli na Berlin, choć do pewnego momentu były takie plany (włącznie z desantem powietrznym), co mogłoby przyspieszyć upadek Rzeszy? — Eisenhower zdawał sobie sprawę z tego, że niezależnie od postępów militarnych, decyzje o podziale stref zostały już podjęte, zatem marnowanie sił ludzkich na wydzieranie miasta, które i tak miało przypaść Sowietom nie miało sensu — znacznie bardziej obawiał się (mitycznej) Reduty Alpejskiej, która miała pozwolić nazistom na długotrwały opór w Austrii i Bawarii;
  • Amerykanie chcieli wygrać wojnę przewagą techniczną — Brytyjczycy pomysłem (grą wywiadów, oszustwem, sprytem („Operacja Fortitude”) — Stalin oczywiście uważał, że nawet jeśli trzech hitlerowców zabije sześciu czerwonoarmistów, to jemu uda się wysłać kolejnych sześciu…
  • mimo to częściowo upada mit o Amerykanach tak bardzo ceniących życie własnych żołnierzy (apologeci „daniny krwi” radzieckiej podkreślają śmierć przeszło 22 mln mieszkańców ZSRR vs. ok. 300 tys. Amerykanów w Europie — co dla mnie jest tylko dowodem na wielki plus dla USA) — tymczasem system uzupełnień, który zakładał pojedyncze łatanie „dziur” w stanach osobowych oddziałów US Army powodował olbrzymią śmiertelność wśród tych żółtodziobów.

To tylko kilka, na chybił-trafił wynotowanych ciekawostek — po resztę odsyłam bezpośrednio do książek, którą naprawdę polecam; mniej może „D-Day”, która cierpi wskutek olbrzymiej szczegółowości i detaliczności, jednak „Obywatele w mundurach” to naprawdę kawałek świetnej lektury.