Zlecenie detektywowi śledzenia przeciwnika procesowego może naruszać prawo do prywatności

Czy — skoro działalność detektywistyczna jest jak najbardziej legalna — śledzenie przez detektywa może naruszać prywatność osoby inwigilowanej? Czy strona może przedstawić jako dowód w sądzie materiały uzyskane w toku — całkiem legalnej — obserwacji i rejestracji?


śledzenie przez detektywa prywatność

My monitorujemy, wy inwigilujecie, oni śledzą — wyliczanka jest długa i bolesna (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 8 lutego 2017 r. (sygn. akt VI ACa 1870/15)
Nie można aprobować sytuacji, że w celu zwalczania przeciwnika procesowego w sprawie cywilnej, zleca się przeprowadzenie jego inwigilacji przez detektywa (poprzez obserwację z ukrycia, śledzenie, filmowanie, nagrywanie rozmów z sąsiadami i innymi osobami), a następnie wykorzystuje się w ten sposób uzyskane informacje, niezwiązane z toczącą się sprawą sądową, dotyczące sfery życia prywatnego i rodzinnego, jako dowód w sprawie. 

Sprawy miały się następująco: w toku procesu o odszkodowanie z ubezpieczenia za wypadek samochodowy pozwany ubezpieczyciel wynajął prywatnego detektywa w celu zbadania statusu majątkowego i osobistego poszkodowanego — m.in. czy jest właścicielem nieruchomości? czy prowadzi działalność gospodarczą? jak spędza czas wolny i jaki prowadzi tryb życia (nocne kluby, używki, alkohol)? czy ma mały samolot? na co mógł wydać milion w ciągu 9 lat?
Po wykonaniu zlecenia detektyw sporządził raport, który został przedstawiony przez ubezpieczyciela jako dowód w sprawie.

Zdaniem inwigilowanego zlecone przez ubezpieczyciela działania polegające na śledzeniu, obserwowaniu jego mieszkania, dokonywaniu nagrań na terenie zamieszkania, nagrywaniu filmów, fotografowaniu oraz ujawnienie materiałów z czynności detektywistycznych w procesie cywilnym pogwałciło jego prywatność oraz naruszało dobra osobiste (m.in. cześć i dobre imię, intymność, nietykalność mieszkania), a skoro wzbudzało to u niego poczucie zagrożenia, wniósł powództwo o 200 tys. złotych zadośćuczynienia.

Sąd I instancji powództwo oddalił: strona pozwana nie była legitymowana biernie w sprawie, ponieważ nie ona podejmowała czynności ingerujące w jego prywatność. Ubezpieczyciel nie może przy tym ponosić odpowiedzialności za działania detektywa na podstawie art. 430 kc, ponieważ między zleceniodawcą (ubezpieczycielem) a zleceniobiorcą (detektywem) nie doszło do stosunku zwierzchnictwa — licencjonowany detektyw miał swobodę w doborze metod pracy, zaś zgodnie z przepisami powinien tez powstrzymać się od czynności niezgodnych z prawem (art. 11 ustawy o usługach detektywistycznych).
Ubezpieczycielowi nie można także przypisać odpowiedzialności za ewentualne naruszenie dóbr osobistych przez detektywa, ponieważ zlecił świadczenie usług profesjonaliście zawodowo trudniącym się takimi czynnościami (wina w wyborze, art. 429 kc).

Zdaniem sądu nie było także bezprawne ujawnienie informacji pozyskanych przez detektywa w toku procesu — bezprawność wyłącza zarówno cel zbierania informacji o sytuacji życiowej powoda (prawo do obrony), jak i legalność prowadzonej działalności detektywistycznej. W dodatku powód nie był nagrywany w domu, lecz na własnej posesji, gdzie jest widoczny dla każdego, zaś nagrania nie powstały wskutek podsłuchu rozmów powoda, lecz są zarejestrowanymi wypowiedziami innych osób o powodzie.

Powód wniósł apelację, w której wskazał m.in., iż zbieranie informacji dotyczących sfery życia prywatnego i rodzinnego nie miało związku z realizacją prawa do sądu, zatem zlecenie zebrania tych informacji i ich ujawnienie powinno skutkować odpowiedzialnością ubezpieczyciela.

Sąd II instancji przychylił się częściowo do stanowiska mężczyzny: odróżnić należy działanie detektywa, który zbierał informacje na temat powoda, od działania ubezpieczyciela, który zlecił inwigilację oraz upublicznił raport w postępowaniu cywilnym. Strona pozwana ponosi nie może zwolnić się z odpowiedzialności powołując się na profesjonalny charakter działalności detektywa (art. 429 kc), ponieważ zlecenie usług detektywistycznych stanowiło podżeganie lub sprawstwo kierownicze przy naruszeniu dóbr osobistych.

Zdaniem sądu przeważyła ocena, iż ubezpieczyciel chciał pozyskać bardzo szerokie informacje dotyczące życia powoda, wkraczające w sferę jego życia prywatnego i osobistego, co oznacza prowadzenie nieuprawnionej inwigilacji, o czym pozwany musiał wiedzieć. Skoro zatem zachowanie detektywa — śledzenie z ukrycia, filmowanie, wypytywanie sąsiadów, etc. — naruszyło jego prawo do prywatności oraz wolność od bycia niepokojonym — co wywołało uczucie osaczenia oraz spowodowało ograniczenie kontaktów społecznych — należy przyjąć, że działanie to w bezprawny sposób naruszyło art. 47 Konstytucji RP. Prawo do sądu nie może bowiem oznaczać prawa do naruszania dóbr osobistych przeciwnika procesowego.

Zaskarżony wyrok został zmieniony, sąd uwzględniając żądanie zadośćuczynienia zasądził na rzecz powoda kwotę 20 tys. złotych.

  • gordon.shumway

    Jeżeli ta linia orzecznicza się utrzyma to detektywi tracą istotne źródło dochodu (i w ogóle istnienia tego zawodu).
    Pod „śledzenie, obserwowanie mieszkania, dokonywanie nagrań na terenie zamieszkania, nagrywanie filmów, fotografowanie oraz ujawnienie materiałów” podchodzić może też praca dziennikarzy np. w programach typu Uwaga!, Sprawa dla reportera.
    Mają się oni zacząć zastanawiać czy rozpytywanie wśród sąsiadów albo filmowanie nie narusza prywatności osób o których jest program?

  • Wic chyba jednak w tym, by mierzyć środki na zamiary („adekwatność przetwarzania” plus „adekwatność ingerencji w dobra osobiste”). Pewnie jak sprawa będzie dotyczyła spraw osobistych — a powód będzie miał w tym realny interes — to wścibstwo detektywa będzie na miejscu.

  • gordon.shumway

    Tylko to, czy zakres ingerencji jest adekwatny będzie wiadomo dopiero post factum.
    Trudno ocenić, czy rozpytywanie sąsiadów jest adekwatne nie znając odpowiedzi, które mogą oni udzielić.
    Trudno ocenić, czy adekwatnie jest śledzić daną osobę nie znając efektów tego śledzenia (a jedynie przypuszczając, że jakieś mogą być).

  • Sądzę, że to jest taka sama różnica jak „znajdźcie mi na niego jakieś haki” a „musimy to udowodnić” ;-)