„Makbet” w Teatrze Capitol — strzeż się obietnicy władzy, która na manowce prowadzi

Niedawna premiera we wrocławskim Teatrze Capitol — szekspirowski „Makbet” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz (i przekładzie Stanisława Barańczaka) — to dobra okazja by odświeżyć kącik z recenzjami teatralnymi.


Teatr Capitol Makbet recenzja

„Makbet” we wrocławskim Teatrze Capitol, reż. Agata Duda-Gracz, na deskach m.in. Emose Uhunmwangho (Hekate), Bartosz Picher (Lenox), Maciej Maciejewski (Seyton) i Cezary Studniak (Makbet) (fot. Greg Noo-Wak © Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu)


Zaczynając od początku, bo przecież nie każdy pamięta: „Makbet” to opowieść o wczesnośredniowiecznej Szkocji. Po wielkiej i krwawej bitwie Makbet i Banko spotykają trzy wiedźmy, które wieszczą Makbetowi tron królewski, a Bankowi, że będzie ojcem następnych królów Szkocji. Do realizacji przepowiedni zapala się Lady Makbet, która namawia męża na zbrodnię — zwabiają do swojego zamku króla Dunkana i mordują go. A ponieważ Malcolm, najstarszy syn zabitego króla, ucieka za granicę (czyli do Anglii), korona przypada królobójcy.
Dalej jest już z górki: zginąć musi Banko i jego potomek (żeby dalsza część przepowiedni się nie spełniła) — lecz rozlew krwi zaczyna Makbeta i Lady Makbet przyprawiać o szaleństwo, a poddanych wzywa do buntu. Morderca cały czas jednak wierzy, że nie utraci tronu, dopóki las Birnam nie podejdzie pod mury zamku — w dodatku śmierć mu nie grozi, bo nie może zginąć z ręki człowieka zrodzonego z kobiecego łona — traf jednak chce, że oblegający gród skrywają się za zerwanymi z drzew gałęziami…
Tron szkocki wraca do Malcolma, prawowitego dziedzica zamordowanego Dunkana — słowem, mamy piękną opowieść o tym do czego potrafi doprowadzić pokusa władzy — oraz że zbrodnia w gruncie rzeczy nie popłaca.

Wracając do Capitolu (jeszcze raz zastrzegam, że jestem teatralnym laikiem, chadzam tam dla przyjemności i generalnie nie znam się na sztuce teatralnej — czyli odpowiadam na oko 3/4 publiczności): spektakl jest niezły, nawet bardzo dobry, chociaż na pewno nie straciłby wiele, gdyby był nieco krótszy (łącznie trwa 3,5 godziny, w tym dwa kwadranse przerwy) — lub momentami bardziej dynamiczny.
Ciekawie wypada scenografia, a raczej jej kompletny brak — jest tylko nieustannie przechylająca się, skąpana we krwi platforma, po której pełzają i zsuwają się aktorzy (a pamiętam jak niektórzy krytykowali ascetyczną scenografię „Trzech muszkieterów”). Nieco drażnił mnie… sam Makbet (w tej roli Cezary Studniak), który momentami chyba powielał własne środki ekspresji z „Ja, Piotr Rivière”, a nawet Maciej Maciejewski (który chyba chciał być Deanem Martinem).
Nie mam też pewności czy brutalność wymowy „Makbeta” musiała być aż tak często podkreślana scenami gwałtów (które w istocie wyglądały dość trywialnie) — a wątek homoseksualizmu Macolma został chyba zmyślony (być może jako uzasadnienie dla jego labilnej postawy — najpierw uciekł, później wahał się czy chce walczyć z uzurpatorem).

Tak czy inaczej na „Makbeta” do Teatru Capitol na pewno warto iść, bo do teatru zawsze warto chodzić — nawet najśredniejszy ze spektakli lepszy będzie niż kiepski film (np. „Pierwszy śnieg”).