Książki bez recenzji (lub niedoczytane) w 2017 roku

Zgodnie z niepisaną tradycją schyłek każdego roku to czas podsumowań, etc. — dziś zatem czas na krótką rozpiskę książek, które w ciągu 2017 roku przeczytałem, ale nie doczekały się recenzji — albo też które kompletnie mnie pokonały.

Łącznie 29 pozycji, z czego tylko dwie porzucone — co oznacza, że nauczyłem się staranniej dobierać lektury (rok temu niedoczytanych było aż siedem).


Książki bez recenzji 2017


Książki bez recenzji

  • Yvonnick Denoël„Sekretne wojny Mossadu” — zapowiada i zaczyna się nieźle, bo historia pierwszych 20 lat współczesnego Izraela jest fascynująca. Później troszkę siada, ale może to problem natłoku informacji. Myślę, że 20 lat temu ta książka byłaby przebojem;
  • David Hewson: „Domek dla lalek” i „Niewłaściwa dziewczynka” — seria „Dochodzenie” była naprawdę niezła, toteż w ramach odmóżdżenia wziąłem się za następne kryminały Hewsona… i co? i nico!
  • Jacek Hugo-Bader: „Skucha” — chaos, galimatias, rwane myśli, imiona znane tylko autorowi. Kilka wątków interesujących, ale w ogólności przebrnąć przez tę książkę jest naprawdę ciężko;
  • Ryszard Kapuściński: „Heban” — przeczytane po raz n-ty, pod wpływem lektury „Konga” Van Reybroucka — czas leci, a mnie ta książka nadal się bardzo podoba;
  • Edward Lucas: „Podstęp. O szpiegach, kłamstwach i o tym jak Rosja kiwa Zachód” — właściwie to nie wiem dlaczego na łamach „Czasopisma” nie ma recenzji tej książki. Opis rosyjskich manipulacji, gier wywiadów (w których bezwzględne Czeka-NKWD-FSB-GRU prawie zawsze bierze górę) jest pasjonujący — i wstrząsający;
  • Remigiusz Mróz: „Zaginięcie” i „Immunitet” — od tego się w sumie zaczęło tegoroczne czytanie kryminałów… Przeczytane poniekąd „z obowiązku” zawodowego — seria o adwokatce i jej przybocznym święci triumfy, sam Mróz w wywiadach podkreśla, że dzięki pisarstwu właściwie mógłby już iść na emeryturę… a mnie jednak nie przekonało;
  • Jo Nesbø: „Karaluchy”, „Czerwone gardło” (ciekawe odniesienia do historii udziału Norwegów w II Wojnie Światowej), „Trzeci klucz”, „Pentagram”, „Wybawiciel” (zdecydowanie przedobrzone), „Pierwszy śnieg” (jakże uroczo skompromitowany w filmie z Fassbenderem w roli głównej), „Człowiek-nietoperz” (za pierwszą z serii zabrałem się pod koniec, ponieważ gdzieś przeczytałem, że jest dość słaba — ale w pewnym momencie wyszło mi, że jednak warto wiedzieć o co tam poszło), „Pancerne serce” (ciekawe wstawki o współczesnym Kongo), „Upiory”, „Policja”, „Krew na śniegu”, „Więcej krwi” (z tego byłby dobry scenariusz kryminału, cóż z tego, że troszkę kopia „Skyfall”) — skoro Remigiusz Mróz bodajże za swojego guru uważa Nesbø (chyba coś takiego mi przefrunęło kiedyś przed oczyma), pomyślałem, że w ramach odmóżdżenia warto poświęcić ze dwa wieczory i łyknąć norweski kryminał. Był niezły, więc jak widać przeczytałem ich więcej… Cóż, już tak mam, że zwykle czytam 2-3 rzeczy na raz, zwykle właśnie coś dla odmóżdżenia…
  • Piotr Lipiński: „Cyrankiewicz. Wieczny premier” — jaka osobistość, taka biografia. Osoba Józefa Cyrankiewicza budzi ponoć dużo kontrowersji — czy to bardziej Konrad Wallenrod z czerwoną plakietką w klapie marynarki? czy po prostu zwykły oportunista? — jednak po lekturze książki poświęconej wieloletniemu premierowi PRL nie jestem dużo mądrzejszy. Za dużo przepisane z ówczesnej prasy, za dużo ogólników — za mało detali. Jeśli Cyrankiewicz był hedonistą na miarę tamtych czasów… z tej książki tego się nie dowiesz;
  • Michał Rusinek: „Pypcie na języku” — bardzo fajnie napisane — w lekki i odprężający, dowcipny i niegłupi sposób — a równocześnie do pomyślenia. O tym dlaczego mówimy tak jak mówimy (i nie mówimy jak mówić czasem powinniśmy);
  • Filip Springer: „13 pięter” — Springer płodny jak Woody Allen, ale wyniku „Miedzianki” i „Wanny z kolumnadą” (które swego czasu naprawdę mnie zachwyciły) raczej nie poprawi. „13 pięter” byłoby pewne na poniższej liście, gdybym nie dotarł do drugiej część lektury (pierwsza jest usypiająca);
  • John Steinbeck, Robert Capa: „Dziennik z podróży do Rosji” — wybitny pisarz i wybitny fotograf pojechali, u progu Zimnej Wojny, do Związku Radzieckiego  momentami naiwne, ale całkiem niezłe;
  • Mariusz Szczygieł: „Łaska tworzenia” — wybór kilku wczesnych reportaży Szczygła publikowanych w „Gazecie Wyborczej”. Tym razem o Polsce. Teksty nieco trącą już myszką, opisują zjawiska, których albo już nie ma, albo nie ma tematu — może za ileś lat znów będzie się dobrze czytało (jak nie będzie się pamiętało). Coś jak „Dziennik z podróży do Rosji” właśnie ;-)
  • Wiliam Szekspir: „Makbet” (czytane już w czasach licealnych) — skoro poszło się na „Makbeta” do Capitolu i nawet miało swoją opinię, to trzeba było odświeżyć pamięć sprawdzić czy opinia nie była pomylona (nie była);
  • „Norwegia. Przewodnik nieturystyczny” (wydawnictwo zbiorowe Krytyki Politycznej) — wpadło kiedyś na czytnik, więc między jednym a drugim Nesbø postanowiłem rzucić okiem na coś dokumentalnego.

Książki niedoczytane

  • Jon Savage: „Historia punk rocka. England’s dreaming” — największe czytelnicze rozczarowanie roku — albo za mało we mnie punkrocka, albo po prostu aż tak detaliczne ujęcie tematu drogi Malcolma Edwardsa (aka McLarena) do tego, co później zaczęliśmy nazywać największym rokendrollowym szwindlem świata mnie nie pasjonuje. Czytałoby się świetnie jako długi tekst w kolorowym magazynie — ale 700 stron (!) to chyba przesada;
  • Filip Springer: „Księga zachwytów” — cóż, dobry reporter-felietonista — w tym przypadku autor niekoniecznie dobrych szkiców, notatek, jak zwał tak zwał. Mnie „Księga zachwytów” po prostu nie zachwyciła, lekturę porzuciłem. Zaczynam się zastanawiać czy aby nie sięgnąć znów do „Miedzianki” i „Wanny” — czy odczuję ponownie ówczesny zachwyt?

I to by było na tyle, na razie :-)