Test Kindle — subiektywne impresje po 4 latach korzystania

To ciekawe, że rubryka test w czasopiśmie Lege Artis została pomyślana jako osobisty i subiektywny opis wrażeń po osobistym długotrwałym używaniu jakiegoś produktu, a tymczasem test Kindle Keyobard idzie do druku zaraz po tym jak przesiadłem się na Paperwhite 2… No ale cztery z hakiem lata korzystania z Kindla, w którym to czasie jeden egzemplarz został zajechany na śmierć, to chyba dobry moment na pokuszenie się o niepodyktowany impulsem osąd?


test Kindle

Kindle Keyobard w trybie spoczynkowym. Nawet w ten sposób można się czegoś dowiedzieć o literaturze (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Na początek godzi się słowo wstępu: mówię Kindle Keyobard, ponieważ pod taką nazwą kupiłem pierwszą sztukę w marcu 2011 r. Amazon jakiś czas później — bodajże po wprowadzeniu na rynek modelu pod nazwą Kindle 4 — zmienił jego nazwę na Kindle 3, ale dla mnie zawsze pozostanie on „Kindlem z klawiszami”.

Druga sprawa wymagająca wyjaśnienia — a właściwie wymagający rozwiania pokutujący w narodzie, który rzucił się na tablety, przesąd — czytniki e-książek nie „biją” w oczy, ponieważ nie są w nich stosowane wyświetlacze jakie znamy z komputerów czy sprytfonów. Ekran Kindle nie świeci sam z siebie, dlatego przy długotrwałym czytaniu zapewnia komfort, którego nigdy nie zaznamy używając choćby najnowszy model makbóka (Paperwhite ma podświetlenie, ale też nie takie „od tyłu”, prosto w gałki). Zastosowany e-papier jest neutralny dla naszych oczu dokładnie tak samo jak zadrukowana kartka papieru — powiedzmy, że w opisywanym modelu Kindle porównałbym ją do średniej jakości druku na średniej jakości papierze.
Słabo? Więc warto wziąć pod uwagę, że użytkownik może modyfikować krój czcionki (w pewnym, niedużym zakresie), ale i jej wielkość — i tu już opcji jest naprawdę dużo, włącznie z taką dla naprawdę słabowidzących. Wygodniejsze od okularów jak sądzę.


test Kindle

Maksymalna wielkość czcionki ekranowej — sam ekran to oczywiście 6″ (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Oczywiście zaraz posypią się komentarze, że taki czytnik e-książek nie pachnie, a książka papierowa ma zapach, że tylko usiąść w fotelu, posmakować kawy… Przeto zawsze jednak chodzi o to, by minusy nie przesłaniały nam plusów, to zwrócę uwagę, że dobra kawa zawsze pachnie lepiej od najlepszej książki, a w książce najważniejsza jest treść — nie forma (nie liczę albumów i innych wydawnictw, gdzie warstwa graficzna jest kluczowa — części przewodników, może książek kucharskich… ;-) Przy Kindlu kawy też się można napić, zaś ewentualne zachlapanie czytnika płynem nie jest aż tak szkodliwe jak w przypadku papieru. Dołóżmy do tego oszczędności na meblach — obecnie mam załadowanych jakieś 200 e-książek, pewnie musiałbym kupić na to spory regał — oraz na ścieraniu kurzu…

Kolejny bezapelacyjny plus korzystania z czytnika Kindle to posiadanie całej biblioteki pod ręką, w urządzeniu, które waży mniej-więcej tyle co kostka masła. Docenią to szczególnie dużo podróżujący — można pojechać wszędzie i na długo, i wziąć ze sobą całą posiadaną bibliotekę — ale przecież czasem można poświęcić kwadrans na lekturę i w górach, i na rowerze, prawda?


test Kindle

Klasyka klasyki w anturażu nowoczesności (fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0)


Niska waga testowanego Kindla to także codzienna wygoda — ta w przysłowiowych bamboszach, przy kufelku czegoś pyszniejszego. Lubicie palce drętwiejące pod ciężarem 600-stronicowego tomiszcza? Ja nieszczególnie, toteż nadal cieszę się, że mogłem sobie w ten sposób poradzić i z Księgą wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa, i z Rewolucją rosyjską, i z Mikrokosmosem, który wcale taki mikry nie jest — a teraz mogę walczyć z Hitlerem. A nawet jeśli jakieś wydawnictwo mnie znudzi i uśpi, to mniej ryzykuję jeśli padnie mi na nos ćwierć kilo plastiku z obłą krawędzią, niż 1000-stronicowa cegła w twardej oprawie.

A minusy, bo przecież jakieś minusy muszą być? Na pewno nie koszt, ponieważ takie urządzenie kosztuje z grubsza tyle co średni regał w Ikei. Na pewno nie największa bolączka nowoczesności, czyli prąd — bateria intensywnie używanego Kindla trzyma dobre 2-3 tygodnie (w modelu Paperwhite nieco krócej — urok lampeczek).
Zatem wybieram brak zapachu zadrukowanego papieru, bo e-książka nie pachnie, a przecież wiadomo, że powinna (chociaż jak donosi Robert Drózd, dla fetyszystów są perfumy). No i jak przyjdą goście to nie można się pochwalić atrybutami intelektualisty — równo ułożonym szpalerem odkurzonych okładek…

Na zakończenie godzi się słowo wyjaśnienia. Otóż tekst ma nieco prowokacyjny tytuł „Test Kindle”, aczkolwiek — excusez le Google — oczywiście nie uzurpuję sobie prawa do nazywania niniejszego felietoniku testem. To przecież raczej subiektywne impresje po 4 latach używania — czytania książek właściwie wyłącznie w postaci elektronicznej (w tym okresie może 3% publikacji „skonsumowałem” na papierze; to dowód na to, że w postaci e-booka można dostać już prawie wszystko).

Ale też i prośba: pamiętajcie o książkach, bo ponoć one odchodzą, a byłoby naprawdę szkoda gdyby jakieś Fejsbóki i inne blogaski zastąpiły dobrą, twardą literaturę. Książki są naprawdę super.

subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

51 komentarzy
Oldest
Newest
Inline Feedbacks
zerknij na wszystkie komentarze