Mechanix / The Four Horsemen

Tekst o podartych dżinsach wymaga solidnego podsumowania. Niech będzie nim utwór „Mechanix” autorstwa Dave Mustaine.



Brzmi znajomo? A pewnie, jak miałem -naście lat, jarałem się tym kawałkiem — jako „The Four Horsemen, który w repertuarze ma Metallica.



Nic nie wiem o ewentualnym procesie wytoczonym przez szalonego Dave’a ex-kolegom z kapeli. Bardzo możliwe, że jakoś się dogadali, jest też całkiem prawdopodobne, że lider Megadeth dostaje jakieś pieniądze za wykonanie swojej muzyki.

Ciekawe jest też to, że Metallica też czasem wykonywała „Mechanix” na koncertach (proszę bardzo: Metallica w historycznym składzie):



Piosenki najwyraźniej nie miał w repertuarze Johnny Cash, zatem w zastępstwie zapraszam Państwa do wysłuchania covera utworu „Personal Jesus” — to w ramach wyjaśnienia dlaczego kopia może być lepsza od oryginału.



PS P.T. Czytelników przepraszam za niską jakość obrazu (mam na myśli kawałki, które gra Metallica), ale chodziło mi właśnie o pokazanie czasów, kiedy w sklepach nie było podartych dżinsów (właściwie to żadnych nie było).


PS2. Metallicę lubię do dziś, ale tylko z trzech pierwszych płyt (no może z czterech…), i tylko pod warunkiem, że gra Primus ;-)


Q.E.D.

14 comments for “Mechanix / The Four Horsemen

  1. 12 września 2015 at 18:30

    Uwielbiam Megadeth, a od Mechanix lepsze jest chyba tylko Angry Again. Za Mettalicą jakoś nigdy nie przepadałam, choć czasami remixy ich utworów wydają mi się być znośne i o wiele lepsze od oryginałów.

    • 13 września 2015 at 08:56

      U mnie zachwyt nad czwórcą (Metallica // Slayer // Megadeth // Anhrax) szybko wyparł zachwyt nad trzyliterowcami (S.O.D. // M.O.D. // D.R.I.). Ale to było naprawdę dawno temu… Z tamtych czasów naprawdę z przyjemnością słucham tylko Primusa, Living Colour i Danzig, no i raz na rok puszczam sobie „Reign in Blood”.

      • b52t
        13 września 2015 at 14:53

        I tylko pozostaje nierozstrzygnięta kwestia: Call of Cuthulu czy Orion?

        • 13 września 2015 at 16:08

          Wybierając między dżumą a cholerą… Ride the Lightning dawno nie słuchałem, w Orion partie gitarowe praktycznie zerżnięte z Wishbone Ash…

          no nie wiem, nie wiem…

          • 13 września 2015 at 16:11

            Wiem: Les Claypool Duo the Twang:

            • b52t
              13 września 2015 at 18:18

              Tak więc wychodzi, że metallica rzeczywiście skończyła się na Kill’em all ;)
              Z metalowych klimatów pozostały mi Notre Dame, bo robili sobie jaja i ciekawy wizualny szoł, Killing Joke, bo tak i ostatnio a Ghost, bo znów szoł ze Szwecji.

              • 13 września 2015 at 19:59

                Niezłe jest jeszcze „…And Justice For All”, chociaż spontanu tam raczej bliżej zera niż jedynki…

              • b52t
                14 września 2015 at 08:01

                Piękna szkoła gry na perkusji z basem w daaalekim tle. ;-)

              • 14 września 2015 at 08:33

                No właśnie.

              • b52t
                14 września 2015 at 09:22

                Choć w sumie to większą szkółką perkusyjną był St. Anger. Generalnie to co ostatnio poczynia Metallica to ustawiania perkusji na przedzie i robienie rzeczy mało ambitnych, choć spektakularnych.
                A lubiłem ten zespół właśnie dlatego, że miał chęć i odwagę próbować, udanie czy nie, ale próbować, szukać, a nie zamykać się i grać prawie to samo.
                Ale dzisiaj zdecydowanie bardziej wolę kiedy w muzyce, filmie jest więcej wolnej przestrzeni, „powietrza”, a tego metal prawie nie zapewnia, bo boi się ciszy.

              • 14 września 2015 at 09:54

                Zniesławiającą jest propozycja odsłuchania tej płyty via YT, ale cóż:

              • b52t
                14 września 2015 at 10:06

                Jazz znam i co raz bardziej zaczynam docenia, podobnie jak klasykę i muzykę „poważną”. Z Milesa mam oczywiście klasyki nad klasyki: Birth od the Cool, Kind of Blue i Tutu. Z lokalnych niedziałający już Robotobibok a teraz Mikrokolektyw, których ze dwa razy słyszałem na koncercie, ale to nie czysty Jazz.

              • 14 września 2015 at 10:21

                „Aura” to też właściwie nie jazz :)

                Davis jest świetny, a najlepszy ten 1965-69 oraz 1970-74 (daty tak na oko, czyli tzw. drugi kwintet oraz okres elektryczny, jazz-rockowy, momentami wręcz hard-rockowy).

              • b52t
                14 września 2015 at 11:29

                Według opinii maniaka jazzu Miles był dobry na początku, przez pierwszych kilka lat, ale to kwestia gustu. Faktem jest, że gość się nie bał i próbował, szukał i rozwijał się, ładnie czy nie, ale próbował. Inny fakt, że nie ma lepszych perkusistów niż perkusiści jazzowi (nie tylko piszę to, bo wciąż jestem pod wrażeniem filmu „Whiplash” [to tak trochę nawiązując do Metalliki ;-) ] ).

Dodaj komentarz